Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Sin City... Miasto Grzechu... [wulgaryzmy, przemoc, 18+]
Autor Wiadomość
Kynokefalos
Wtajemniczony

Liczba postów: 80
Dołączył: Apr 2013
Reputacja: 3
Podziękowania: 0
Podziękowano 0 razy w 0 postach
Post: #1
Sin City... Miasto Grzechu... [wulgaryzmy, przemoc, 18+]
W kwestii wyjaśnienia. Nie podchodźcie do tego, jako tylko mojej twórczości. Jest to sesja, której nie udało się dokończyć z powodu nadgorliwości administratorów pewnego forum.

Mój wkład to większość tekstu, jest jednak pięknie związany wstawkami od mg tamtego okresu.

Wzięło mnie na wspomnienia gdy zobaczyłem sesję u nas.

Teraz pytanie, lubicie Sin City? Przenieśmy się w jego klimat. Zapraszam...

P.S Mam nadzieję, że nie popieprzyłem kolejności postów. Jeśli tak to napiszcie. Na ten moment nie mam już czasu. To sporo tekstu.





Proch, wóda, kobiety i krew...


Miasto Grzechu. Miasto, którego wstydzi się sam Bóg. Czy kiedykolwiek wzejdzie tu słońce? Nie ważne, nie ma sensu się nad tym zastanawiać. Oto nastał kolejny wieczór. Pada jak zwykle, czy łzy sączą się z nieba nad straconymi duszami ostatnich dobrych ludzi? Kto przy zdrowych zmysłach zastanawia się nad takimi rzeczami, kiedy brak pieniędzy i kawałka chleba skłania ludzi do czynów nierządnych? Nie ważne, nie ma sensu się na tym zastanawiać. Trzeba żyć dalej i modlić się o bezbolesną śmierć.
Deszcz, zbawienie dla zalanych krwią ulic. Zmywa wszystko, stertę niedopalonych petów pospiesznie zdeptanych lub rzuconych w kąt. Krople krwi układające się we wzór uciekającej w panice ofiary. Czarny tusz ze świeżo porzuconej gazety. Na pierwszej stronie artykuł o seryjnym mordercy, zaraz obok uśmiechniętej gęby nowego Senatora. Rzygowiny zapitej mordy wyrzuconej z pobliskiego baru. Po prostu wszystko. I tak nadejdzie susza a chodniki zapełnią się nowymi śladami mrocznej rzeczywistości tego miasta. Dobrze... niech pada. Natura tak to już wymyśliła, oczyszcza się sama.

Ten wieczór jak każdy inny był zwyczajny. Odgłos kłótni, ona się puściła, kiedy ten odbywał wyrok w pobliskim pierdlu. Płacz głodnego dziecka, matka zachlana leży w kuchni pod kuchenką, ojciec... nie ma. Gdzieś w ciemnej uliczce miarowe jęki naćpanej dziwki, potem strzał z pistoletu i ryk syren strażackich. Zwyczajny wieczór.


Przestrzeń starej, zgrzybiałej piwnicy wypełniały krzyki:
-Wstawaj! Podnoś dupę z tej ziemi!
-Podnoś się! Jak stracę pieniądze to cię zabije! Zrozumiałeś!
-Leż! Dobrze! Kop go Mike!
Ból przeszywał klatkę piersiową z każdym kolejnym kopniakiem. Bolała go poobijana twarz. Ledwie widział na lewe oko, a opuchlizna zajmowała cały policzek. Z ust spływała krew.
-Cholera jak ja tego nienawidzę. E, nie czas na to! Skup się idioto!
Sen spojrzał na swego przeciwnika, który przygotowywał kolejne kopnięcie. Głęboki wdech wypełnił obolałe płuca. Przeturlał się przez ramie, na chwilę zapominając o bólu. Zerwał się na proste nogi i z całej siły uderzył Mika gdzieś w okolice ucha. Ten bezwładnie stawiał nogi, starając się utrzymać prosto. Kolejny cios trafił w brodę prawie dwumetrowego chłopaka. Siła ciosu zwaliła go na kolana. Atakujący odwrócił się na chwilę i przetarł oczy, rękawem otarł zakrwawione czoło. Gdzieś w tłumie wyłapał:
-Mike wyciągnął nóż!
-Ma nóż!
Odruchowo rzucił się w bok, a na miejscu jego nerek pokazało się ostrze noża. Przygotował się do kolejnego ruchu. Wiedział dobrze, że z nożem nie ma zabawy. Mięśnie nóg naprężyły się na chwilę.
-Tyle z tego będzie! – Tylna noga z pełnym impetem wyleciała w przód. Trafiła Mika z siłą wystarczająco do powalenia cielaka. Zanim bezwładne ciało wylądowało na ziemi Sen stał nad nim. Lądowanie nie było miękkie. Noga przeciwnika Mika uniosła się do pasa, a jej upadek na krtań poprzedziły słowa:
-Powiedz dobranoc!

Sen opadł ciężko na ziemię. Bolały go chyba wszystkie kości. Lewy policzek okropnie pulsował, a miał za to dostać ...nawet nie warto było o tym myśleć. Większość tłumu cieszyła się z wygranej, reszta zastanawiała się jak załatwić Sen. Tracili na nim zbyt dużo pieniędzy i czasem ludzi.
-Podnieś dupę.
Nad głową usłyszał głos organizatora. Szczerze nienawidził tego drania i z każdym dniem zastanawiał się czy nie połamać mu nóg. Ledwie stając na nogi wyrwał swoją dolę z ręki samozwańczego sędziego. Nie czekał na żaden werdykt, a następnej walki już by nie wytrzymał. Podszedł do prowizorycznego baru i od dziwki robiącej za barmankę odebrał swoje rzeczy. Wziął też rzeczy Mika. Zawsze podobał mu się jego zegarek, a resztę można było sprzedać. Każdy grosz się liczył.
-Dokąd leziesz – przy drzwiach zatrzymał go ochroniarz.
-Spierdalaj mi z drogi – Sen nie podniósł nawet wzroku z nad portfela Mika. Wziął pieniądze, a resztę wywalił.
-Możesz mi powiedzieć – ochroniarz mówił schodząc z drzwi – jak taki knypek rozwala tu wszystkich?
-Nie ja jestem knypkiem – Sen mówił znikając w ciemnej uliczce – to wy jesteście pieprzonymi mutantami! Ja mam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu!
Ręka Snu uniosła się w górę w geście pożegnania. Pieniądze schował do kieszeni. Zatrzymał się zaraz za rogiem. Oparł się ręką o wilgotną, zimną ścianę. Drugą rękę przyłożył do czoła. Wiedział, że to nic dobrego.

Nienawidzę jak mnie łeb boli. – Nawet rozmowa z samym sobą sprawiała ból. – Cholerny nos, znów przecieka.
Świadomość próbowała uspokoić samą siebie. Na chwilę wyłączyło się całe ciało. Głęboki wdech i zebranie sił zajęło trochę czasu. Kiedy wszystko wydawało się być normalne nogi ruszyły w dalszą drogę. Sen włączył muzykę z nowej mp3, którą znalazł w kurtce Mika.
-Tobie się już nie przyda. Na co ci był ten nóż? Jakbyś nie znał zasad. Tylko pięści Mike. Tylko pięści. TYLKO PIĘŚCI!
Nikt nie słyszał tego krzyku. Po twarzy płynęły łzy.
-Mam dosyć tych walk. Nienawidzę zabijać ludzi, a te palanty same się o to proszą. Po co uciekałem? Czy naprawdę tak źle było mi w domu?
W umyśle nastała cisza przerywana kolejnymi bitami sączącymi się ze słuchawek. Chwila głębszej zadumy.
-Co ja wygaduje? Proste, że tu jest lepiej. Przynajmniej nie muszę już dręczyć się tymi śmieciami, którzy uważali się za moich rodziców. Patologiczne śmieci. Ile to już lat? Kogo to obchodzi.
Kolejny zakręt w drodze do czegoś, co nawet ciężko nazwać domem. Kawałek starego magazynu, do którego i tak nikt...
Znów ból.
-Cześć! Znów śniłeś na jawie?
-Sen ma sny! – Tak tępy żart miała tylko jedna, znajoma dla Snu osoba, a był nią Thomas. Jeden z goryli tego parszywca, od którego Sen kiedyś...
Thomas postawił Sen na nogi. Przyparł mocno do muru, a do skroni przystawił pistolet. Rozbiegane ręce zaczęły latać po kieszeniach do czasu, gdy z jednej nie wypadły pieniądze:
-No, całkiem nieźle Koszmarku! Ale to i tak za MAŁO! Zrozumiałeś?! Kiedy oddasz resztę!?
-Już dawno spłaciłem swój dług i przy...
Cios w brzuch nie był silny – to Sen był zbyt obolały by wytrzymać cokolwiek. Osunął się po ścianie.
-Kiedy oddasz resztę?
-Ile jeszcze? – Sen wycedził przez zęby.
-Powiedzmy – Slim, drugi z goryli mówił uśmiechając się szyderczo – że jeszcze jakieś 10 000 i będziemy kwita.
-Daj mi miesiąc.
-Masz tydzień.
-Jebałem ci matkę wiesz, mile jęcz...
Kolejny cios trafił w żebra. Sen oparł się o ziemię rękoma. Starał się nie upaść, bo to mogło oznaczać jego koniec.
-Coś jeszcze masz do powiedzenia cwelu! Jeszcze coś! Gdyby nie on rozjebał bym ci tą twarzyczkę przy pierwszym spotkaniu!
Słowa padały kolejno tak jak kopnięcia. Thomas odciągał rozwścieczonego Slima.
-Zostaw Slim! Zostaw go! Jeśli zdechnie będziesz musiał oddać dług za niego!
-Dobra już – Slim odchodził od chłopaka zwijającego się z bólu – jestem spokojny. Mówiąc o matkach to mogę ci podać adres burdelu, w którym pracuje twoja. Masz pieprzony tydzień. Jak ty możesz wygrywać te wszystkie walki? Jesteś ciotą. Tydzień zrozumiano?!
-Slim – Sen mówił wypluwając krew – nie chodź ciemnymi uliczkami, bo kiedyś cię dopadnę.
Głowa chłopaka uniosła się, a jego wzrok przepełniony był nienawiścią. Dopadnę ciebie i tego skurwiela, waszego szefa! Dorwę was...
Dwóch opryszków szło powoli gdzieś w ciemne uliczki. Sen usiadł i oparł plecy o ścianę. Spojrzał na parę banknotów walających się po ziemi. Starczyło ledwie na dwa dni. Znów będzie musiał kraść.
-Kurwa. Za to dałeś sobie obić mordę? Pieniądze nie są tego warte.
Sen naciągnął na głowę kaptur, głowę oparł na rękach.
Urodziłeś się w mieście gdzie ludzkie życie jest warte tak dużo jak za nie zapłacą. Żyłeś w tym jebanym chlewie, który tych dwoje nazywało domem. Co noc słyszałeś jak ojciec gwałci kolejne panny. Matka sprzedawała się dwie ulice dalej. I to nazywasz życiem? Spierdoliłeś zaraz po swoich piętnastych urodzinach. Zaraz po kłótni, w której ojciec ...nóż, krew.
Chłopak spojrzał w niebo przesłonięte grubą warstwą dymu.
-Uczyłem się żyć na ulicach. Wprawiłem się w kradzieże kieszonkowe, potem coś większego. Nieszczęśliwa miłość do dziewczyny, która oczywiście musiała się okazać dziwką. Nie chciałeś jej tego zrobić, poniosło cię. Nie lubisz zabijać. To nie leży w twojej naturze, ale ten świat cię do tego zmusza.
Sen podniósł się na równe nogi. Za kolejnym rogiem potknął się o jakiegoś pijaczka leżącego na ziemi. Odruchowo przeszukał kieszenie, zabrał butelkę szczyn, o których niektórzy mówią piwo.
-Głębi serca pragnę spokoju. Ale to chyba najdroższa rzecz na tym świecie – porządny łyk zakłócił myśli – jednak przyznać trzeba, że pięści mam mocne. Żałuję paru rzeczy, które zrobiłem, kiedy byłem młodszy. Najbardziej chyba tej pożyczki od... huj mu w dupę! Dziesięć patoli? Może zapierdolić jakąś brykę?
Butelka uderzyła o chodnik, a w ręku zadzwoniły klucze. Zamek opornie ustąpił. Z wewnątrz jego magazynu wydobył się odór wilgoci.
-Po huj ci to wszystko stary? Może skoczę z mostu?
Chłopak upadł na łóżko z uśmiechem na twarzy. Marzyły mu się luksusy. Ale to było tak nieosiągalne. Piękne marzenia zaraz zastępowały fakty życia, które niejednego doprowadziłyby na krawędź najbliższego wyższego budynku.
-Muszę walczyć o swoje! Zemszczę się na nich, na tobie, Slim. Będziesz pierwszy.
Chłopak wstał i zdjął z siebie kurtkę.
-Slim frajerze – uśmiech poleciał w pustkę magazynu – jaki debil nosi dziś pieniądze w kieszeni?
Sen wyciągnął plik pieniędzy schowany gdzieś między podszewką kurtki, a doszytym materiałem.
Położył go na stole i skierował kroki do apteczki wiszącej nieopodal. Musiał przemyć rany. Wyciągnął z niej butelkę whisky.
Poszedł do lodówki, z której wziął kieliszki i bandaż.
-Zdrowie tych wszystkich – mówił polewając dwa kieliszki – którzy zdechną!
Znów będziesz musiał zabić. Jednak to uzasadnione. Tym jednak należy się nóż między żebrami!
Tak po prostu musi być...


Kobieta warta grzechu



Dzielnica Magazynów tuż przy miejskich Dokach, cała zalana deszczem, z resztą jak całe to miasto. Sen budził się powoli, z każdą chwilą odczuwając coraz to większy ból. Gdzieś miał te prochy... cholera skończyły się... wóda też. Ból obitej twarzy wrócił, wkrótce się zagoi. A jeśli tydzień nie starczy, to już nie będzie miało znaczenia. Przypomniał sobie o dziesięciu tysiącach i przyrzeczeniu zemsty na Slimie... może ktoś jeszcze się napatoczy. Coś na dnie brzucha dało o sobie znać. To nie był głód, to było przeczucie zbliżającej się śmierci. Człowieku, tylko spójrz na siebie. Staczasz się odkąd... czy to ważne? Staczasz się.

W końcu wyszedł na deszcz, zostawiając za sobą te myśli. Czas się napić a "U Kadie", tutejsza speluna, była już niedaleko. Jego drugi dom, nacieszy swe oko i strapioną duszę... może nawet coś wymyśli? Naciągnął kurtkę na głowę i ruszył przed siebie.

Przed klubem stały dwie obskurne bryki. Oznaczało to tylko jedno, wszystko w normie.
- Co podać? - niemalże w drzwiach spotkał Shellie, tutejszą kelnerkę. Podobno chłopak ją bije, pewnie się puszcza... normalka. Przy barze stała ekipa, widać dopiero przyszli. Brakuje tylko Johna, pewnie zaraz przyjdzie.
Po kilku głębszych, kiedy przyszło ogólne znieczulenie, pojawił się znowu ten ból, przeczucie śmierci.
- To ty jesteś Sen? - dwóch tajniaków w skórach, zapowiadało się nieciekawie.
- Spierdalać, jestem zajęty!
Zła odpowiedź boli, ta zabolała. Wzięli go pod ramię i wyciągnęli zza baru. Chłopaki nawet się nie podnieśli, morda w kubeł i jak zwykle. Udali, że nic nie widzą, a tyle kolejek im postawił... Chuje!
Posadzili go przy jednym ze stolików. Jeden z nich wyjął telefon i gdzieś zadzwonił, nawet się nie odezwał. Sen poczuł, że ma tarapaty, goście nie wyglądali jak ci pokroju Slima czy Thomasa. Po chwili bezskutecznych pytań w końcu się wyjaśniło. Najpierw poczuł zapach perfum, potem stukot dobrych butów. Jedna z tych, o których się marzy. Zdjęła czarne okulary, odsłaniając zakrwawione oko. Świeża rana, będzie siniak. Ślady pospiesznie zmywanego makijażu i łzy. Drogie futro, głęboki dekolt przysłaniający anielskie piersi. Czego taka paniusia mogła chcieć od takiej szui jakim był Sen?
- Ty jesteś Sen? - zapytała niemal pewna, nie czekała na odpowiedź kiwnęła do goryla, który spod marynarki wyjął żółtą, wypchaną kopertę - Potrzebuje twojej pomocy - wypowiedziała prawie płacząc zaraz potem szybko założyła okulary. Dała znać gorylom.
Po chwili był już sam, tylko on i żółta koperta. Zajrzał. Zdjęcia jakiegoś gościa, list i gruba kasa. Na oko jakieś 10 patoli. W liście adres, nazwisko i data. Telly Streanford, za tydzień.


Nawet w tej jebanej spelunie nie można posiedzieć spokojnie.
-Wszystko w porządku? – Oczy chłopaka podniosły się w górę. Stała tam Shelli.
-Powiedzmy.
-Podać ci coś?
Podstawy, zawsze trzeba było o to zapytać.
-Wiesz gdzie to jest?
Wcisnąłem pod nos kelnerki lekko pomiętą karteczkę:
-To chyba gdzieś w dzielnicach...
-Bogatych.
Nie musiała kończyć, tyle wiedziałem sam. Cholera. Co ja mam robić. Nie lubie, gdy ktokolwiek bije kobiety. Nie jestem do kupienia! Jednak lubie swoje zasrane życie, a te pieniądze mogą mi uratować dupę.
-Piwo.
Shelli poszła bez zastanowienia. Chwilę patrzyłem na oddalający się tyłeczek. Zgrabny, ona też była może ze dwa lata starsza ode mnie. Podobno ją też bił chłopak. Kobiety w tym mieście są odważniejsze od facetów, a przynajmniej nie raz tak myślę. Moje oczy znów opadły na brudną podłogę, a po chwili spadło na nią także kilka kropli krwi. Nie wiem o co chodzi i niech tak zostanie:
-Znów mi nos przecieka...
-Wsistko dobrze?
Nie teraz, zawsze tylko nie teraz malutka. Co ty tu w ogóle robisz?
-Tak Pegi, tylko znów mi nos przecieka.
Uśmiechnąłem się szeroko do ślicznej ośmiolatki. Ciemne, oczka ukryte gdzieś pod długimi rzęsami, które nikły pod czarną grzywką. Aniołeczek, z piekła rodem.
-Mama wie, że tu jesteś Peg?
-Wie – dziewczynka mówiła gniotąc dół spódnicy – tylko się troszkę zgubiła.
-Maleńka – mówiłem tamując przy okazji krwotok z nosa – ona się zgubiła czy ty? Choć, idziemy jej poszukać.
Jedną rękę wyciągnąłem do dziewczynki, a drugą złapałem za kopertę. Stałem patrząc na żółty papier. Schowałem kopertę do tylnej kieszeni, ale nie byłem pewien co mam robić dalej.
-Idziemy.
-Na rączki.
-Mama zabrania! Idziemy!
-Wujku, na rączki.
Nie byłem jej wujkiem, ona po prostu mnie za niego uważała. Lubie, kiedy ten mały śliczny Aniołeczek mówi tak do mnie. Wole, kiedy się uśmiecha niż chodzi z obitą buzią. Tak jak kiedyś do czasu, w którym żył jej ojciec. Dobrze, że go dorwałeś. Oby Aniołeczek o tym się nigdy nie dowiedział.
-Chodź.
Wziąłem na ręce Peg zapominając o bólu, jaki mocno wtulające się dziecko sprawiało gniotąc połamane żebra. Nie myśle o tym, kogo to obchodzi. Na takiego Aniołeczka nie potrafie się gniewać.
To wspaniałe dziecko, a kiedy dorośnie ...i tak zostanie dziwką. Nie!
Odrzuć głupie myśli. Zawsze ci przeszkadzają.
Dojdzie do czegoś ...o ile nie zginie przez to, że mówi do ciebie wujku...
Kurwa, nie wybaczyłbym sobie gdyby dla tego dziecka coś się stało z mojego powodu.
Odstawiłem dziewczynkę do matki. Zapytałem się o adres, który pozostawiła mi ta lalunia.
Bogata dzielnica, gdzieś na zadupiu tego miasta. Przydałby się samochód. Jeden z gruchotów przed meliną należał chyba do Tonniego.
Podchodziłem do nich powoli, do swoich kumpli, którzy trzymali gęby na kłódkę, gdy mnie ciągnęli ci goryle. Gdy tylko mnie zobaczyli ucichli i żaden z nich nie pisnął ani słowem.
-Daj mi jeszcze jedno piwo – mówiłem wchodząc między Tonniego, a Mata – chłopaki zapłacą. Prawda?
Na moje pytanie odpowiedziały tylko ciche pomruki. Uśmiechnąłem się do Tonniego i poklepałem go ręką po ramieniu, gdy druga zwinnym ruchem wyciągnęła kluczyki od samochodu z kieszeni kurtki.
Wychodząc z baru bawiłem się brelokiem i w sumie gówno mnie obchodzi czy jego prawowity właściciel to widzi.
Źle dobierasz kumpli. Źle idziesz przez życie. Z drugiej strony jednak jak mam przez nie iść? Wydawali się dobrymi kumplami i nigdy mnie do tej pory nie zawiedli.
-Kurwa.
Odpaliłem auto. Gdy cofałem kątem oka widziałem Tonniego, który załamując ręce wybiegł z knajpy.
W tym jednym gównie stary chyba jednak miał rację. Żaden facet w tym pieprzonym mieście nie był godny zaufania, a baby w spodniach nosiły więcej niż wielu z nich. Może dla tego tak lał matkę? Bił ją, bo się bał?
W sumie, kogo to obchodzi. Teraz ważne było, w jakie bagno pakuje się przyjmując te dziesięć tysięcy.
Patrzyłem na kopertę leżącą na siedzeniu obok. Stojąc na światłach wyciągnąłem zdjęcie faceta, którego zapewne mam się pozbyć. Z jakiegoś powodu jednak ciążyło mi to na wątrobie. Gustowny garnitur, droga koszula, zamieszkały w bogatej dzielnicy.
-Elita.
Noga ciężko opadła na gaz.
Zawsze możesz uciec z tymi pieniędzmi. Ciekawe, co ten fiut zrobił tej lali. Nie wydaje mi się by chciała go sprzątnąć za ten drobiazg pod okiem. Choć nigdy nic nie wiadomo.
-Każdy ma swojego pierdolca.
Włączył radio i nastawiłem na jakąś stację gdzie można było posłuchać dobrej muzyki. Droga do dzielnicy elit zabrała mi niecały kwadrans. Samochód zostawiłem dwie ulice przed tą, na której stał dom mojej przyszłej ofiary. Nie powinienem się tu kręcić od tak. To nie jest dzielnica, w której pozostałbym niezauważony. Musze coś wymyślić, albo liczyć na szczęście.
-Sory, stary. – Głos dobiegał zza moich pleców. Oczy zamknęły się na chwilę. Nie lubie, kiedy mówili do mnie stary. Powstrzymać złość, odwróć się na pięcie. Spokojnie, spójrz jak wygląda twoje szczęście:
-Nie wiesz gdzie jest ten adres?
Jakim cudem nie zauważyłem cię wcześniej?
Pucułowaty dostawca pizzy wciskał mi przed nos małą kartkę, na której widniał adres zakodowany w mojej głowie.
-Tak, oczywiście. – mówiąc uśmiechałem się ironicznie – Czwarty dom na tej ulicy.
-Dzięki stary! – Biedaczek nie widział, gdy zaciskałem pięści. – Dwie z salami, jedna z boczkiem, trzy specjalne, pięć ekstra dużych. To chyba pełne zamówienie.
Głowa dostawcy wyłoniła się z tylnych drzwi samochodu. Sięgał już po pudełka stojące na ziemi, gdy nagle usłyszał cichy gwizd. Odwrócił się w stronę dźwięku i w jego świecie zapadła ciemność. Zapadła z mojej winy.
-Nigdy niemów do mnie stary!
Sciągnąłem kurtkę z leżącego chłopaka. Stróżka krwi popłynęła razem z tymi, które pozostawiał deszcz.
-Nie masz dziś szczęścia chłopie.
Wciągnąłem nieprzytomnego chłopaka do samochodu i przywiązałem jego ręce niezbyt dokładnym supłem. Ubrałem się w jego kurtkę, naciągnąłem czapkę opuszczając daszek tak by jak najbardziej zakrywał obity policzek i ruszyłem przed siebie. Przechodząc obok kolejnych rezydencji, starałem się zachować spokój.
-No, postaraj się ładnie uśmiechać.
Pewnym krokiem podszedłem do drzwi. Stuknąłem koładką i czekałem. Po paru sekundach drzwi otworzyły się na oścież, a jakiś facet stojący za pudłami wrzasnął:
-Pizza przyszła! Mały problem ze znalezieniem adresu?
-Tak. – Zastanawiałem się chwile, bo w jego wypowiedzi czegoś mi brakowało. – Proszę pana.
-Cholera, nie mam portfela. Wejdź i połóż tę pizze w kuchni. Na lewo od wejścia.
Wytarłem buty i wszedłem do przedpokoju. Skierowałem swe kroki w lewą stronę. Drzwi do kuchni otworzyła mu młoda służąca ubrana w dość skąpawy strój. Położyłem pudła na stole i rozejrzałem dokładnie. Nie było tu ani jednego strażnika. Ciekawe czy to normalny stan tego domu.
-Chłopie! – Chrapliwy kobiecy głos doszedł mnie gdzieś od garnków stojących na piecu. – Kto ci tak urządził facjatę?
Spojrzałem na starszą, dość otyłą kobietę wycierającą ręce w kuchenny fartuch.
-Próbowali mnie okraść.
-Tak? – Tym razem męski głos dobiegał od strony drzwi, którymi wszedłem do kuchni. Gdy spojrzałem na nowego rozmówcę zobaczyłem swoją ofiarę. Facet wyższy ode mnie, co najmniej o głowę. Ubrany w gustowny, granatowy garnitur o delikatnie zaznaczonych szwach. Srebrne spinki od mankietów połyskiwały w świetle.
Chłop ma klasę. Trochę zbyt tradycyjnie może, ale ma klasę. Chodzi z dwoma gorylami. – Jeżeli próbowali cię okraść to rozumiem, że im się to nie udało?
-Tak proszę pana.
Mówiłem spokojnym tonem. Rozglądając się po kuchni zwracałem uwagę na szczegóły.
-Wyglądają, choć gorzej od ciebie młody? – Pan domu mówił z wyraźnym rozbawieniem w głosie.
Spojrzał twardo na swego rozmówcę. Choć nie było to mądre inaczej nie umiałem. W pomieszczeniu na chwilę zaległa cisza.
-Już nie wyglądają...
-Ha! Patrz Vini, jaki twardziel, a ledwo, co cyckę matki skończył ssać! Mógłbyś się od niego uczyć patałachu! – Goryl, do którego zwracał się szef stał nieruchomo, a gdy obrywał policzek nie drgnęła mu nawet powieka. – Melisa!
-Tak szefie? – Starsza kobieta oderwała się od pichcenia.
-Daj dla chłopaka trochę tej twojej maści na opuchlizny i takie tam. Przecież nie będzie z taką mordą po ludziach łazić. Vini, zapłać i nie żałuj napiwku.
Facet nie wydaje się być takim fiutem, może nie takim skończonym. Po chuj ci ta maść? O kurwa, a jebie.
-Nie martw się – mówiła kobieta patrząc na skrzywioną twarz chłopaka – śmierdzi, ale działa.
Odebrałem zapłatę i skierowałem swe powolne kroki do wyjścia. Wychodząc dokładnie rozglądałem się po domu. Szkoda, że droga nie była dłuższa. Tu nie można było zobaczyć wiele. Okna są podłączone do alarmu, to samo zamki w drzwiach. Widziałem czterech goryli w domu i trzech krążących wokół posiadłości. Słyszałem ze dwa psy. Były tam dzieci, a nie zabije ojca dla jakiegoś dzieciaka. Musze znaleźć tę sukę, która dała mi tę kasę. Przecież nie zajebie niewinnego faceta. Choć... taki on niewinny. Pewnie zajmuje się narkotykami.
Rozmyślałem o swoim zadaniu. Nie wiedziałem co mam zrobić. Wsiadłem do samochodu i przekręciłem kluczyki. Po głowie chodziły mi same wątpliwości.
-Kurwa, czemu to nigdy nie może być proste? Czemu on nie może być samotnie mieszkającym frajerem, którego zajebałbym już teraz? Czemu mam to zrobić akurat za tydzień?
Patrzyłem na młodą dziewczynę, która wsiadała do taksówki. Po stroju można było powiedzieć, czym się trudzi. Kurwa, że ten dzieciak nie ma innego zajęcia. W sumie to chyba dobry pomysł.
Facet lubił dużo gadać. Lubił też dziwki, bo jedna robiła za służącą, ta młoda, skąpo ubrana.
Musze pozbyć się wątpliwości. Tak, to najlepsze wyjście. Ciekawe tylko czy te suki ze Starego Miasta będą chciały ze mną gadać. Nie miałem nic do stracenia, a czas uciekał.
Pomyśl, spierdolisz z tą całą kasą. Za dziesięć tysięcy plus to, co zarobisz za tę brykę zaczniesz nowe życie.
Oparłem się o kierownicę.
Tylko, jakie było by te nowe życie? Wpadłbyś z gówna w bagno... bo nie umiem inaczej żyć.
-Kurwa... komu w drogę, temu nóż w plecy.
Ruszyłem w drogę. Teraz wszystko zależało od dziwek. Niechciany uśmiech pojawił się na twarzy.
-Znów te baby.



Stare Miasto. Nie jeden drań skończył tutaj źle, bardzo źle. Sen miał racje w jednym, nie można lekceważyć kobiet, potrafią być silniejsze od niejednego faceta. A te tutaj z pewnością takie były. Dziwki w Starym Mieście to był towar profesjonalny, niekoniecznie zajmujący się tylko dawaniem dupy. Wiedział o tym, to dlatego tu był.
W drodze do dzielnicy miał trochę czasu aby poukładać sobie w głowie. Czemu ten Telly, czy jak go zwą był taki miły? Maść, którą kazał posmarować jego twarz, wciąż śmierdziała, teraz zaczynała lekko piec. Przecież koleś nie zamawiał pizzy... czemu kazał dać napiwek? W korytarzu stały walizki, takie z lotniska, oznakowane. Coś tu śmierdziało i z pewnością nie była to jego twarz. Uczucie bólu powróciło, przeczucie rychłej śmierci. Czy znowu dostanie olśnienia? Plan, musiał mieć plan.
Dziwki ze Starego Miasta, to był dobry plan. Ale nie z tak śmierdzącą gębą. Sen spojrzał w lusterko.
- Kurwa! - jego twarz zmieniła kolor, z fioletowej na czerwoną, skóra paliła.
Sięgnął do skrytki samochodowej.
- Tonny, masz tu jakąś chusteczkę? Choć pieprzoną szmatę od smarów, cokolwiek - znalazł kawałek papieru toaletowego i wytarł twarz. Pomogło ale wciąż jeszcze piekło. Potrzebował wody. Przecież wciąż padało.
Gdy dojechał do Starego Miasta, wysiadł z samochodu i pobiegł do najbliższej rynny. Obmył twarz. Ulga przyszła od razu. Teraz miał swój prywatny cel, aby zabić tego Sreanforda!

Było tu całkiem cicho i spokojnie, pomijając odgłos spadających kropel na potworne ilości żelastwa. W Starym Mieście było tu tak odkąd Dziwki dogadały się z Glinami. Nie każdy o tym wiedział. Sen jednak miał tu swoje koleżanki.

- Wskakuj, podwiozę Cię! - krzyknął do niewiasty chowającej twarz pod kapturem.
Nie znał tej dziwki. Spojrzała na niego i o dziwo się uśmiechnęła. Pewnie dlatego, że wyglądał paskudnie. Zrobiło się jej żal i wsiadła do wozu.
Wyglądała dość okazale, jak wszystkie kobiety w tej części Basin City. Ubrana w skóry, rzemyki i łańcuchy. Miała rozpuszczone ciemne włosy, nieco przemoczone przez deszcz. Delikatny makijaż i wielkie niegrzeczne kolczyki. Mogła mieć tyle lat co Sen. Nie odzywała się, patrzyła tylko przed siebie. Po chwili lekko się uśmiechnęła, zatykając nos.
- Sreanford i tak jesteś trupem!



Becky... mówiła, że tak się nazywa. Patrzyłem na młodą dziewczynę siedzącą obok. Cholera, jaka ona piękna. Mój zapluty los pozwala mi ją spotkać w takiej sytuacji. Strenford! Zajebie cię! Jesteś martwy. Moje oczy wylądowały na jej nogach, były idealne. Wzrok po jej ciele chodził sam. Wiedziałem, że tak nie wypada, ale następnej okazji mogę nie dożyć.
-Jest piękna...
-Słucham?
Kurwa, jesteś jebnięty i nawet myśleć nie potrafisz tak jak się powinno. Jednak to czysta prawda, była moim ideałem. Co w sumie wiem o ideałach mając te naście lat?
-Nic.
-Kto jest piękny? Może ja?
Jej głos, jej słodki głos głaskał moje zbolałe ciało. Na chwilę zapomniałem o wszystkim. Tak, właśnie ty moja droga. Znów na nią patrzę. Nie odrywasz ode mnie swych ślicznych oczu, masz w nich dziwny blask. Jezu kurwa Chryste czy ja się zakochałem? Kurwa! Spojrzałem w okno.
-Chci... tak – znów patrzyłem w te piękne oczy, na tę twarz – ty jesteś piękna.
Nie wierze, że powiedziałem to bez zastanowienia. Wszystko w środku przewróciło mi się na lewą stronę. Co się kurwa dzieje? Jednak czuje się tak spokojnie.
-Gdzie cię podwieźć?
Uśmiechasz się i dajesz mi tyle radości. Czemu? Nie mogę oderwać od ciebie oczu, a jesteś przy mnie może pięć minut? Co ty pleciesz debilu? Przecież to dziwka! Ona po prostu musi się uśmiechać.
-Szłaś gdzieś konkretnie?
-Do babci.
Cichy chichot odbił się o szyby samochodu.
-Znasz Mel?
-Melisę? Tak, a czemu pytasz?
Twoje oczy, kiedy tak na nie patrzyłem przysiągłbym, że posmutniały.
-Potrzebuję informacji. Dużo informacji. Wiesz gdzie teraz jest?
-Wiem – ton dziewczyny wydawał się niespokojny – na ciebie mówią Sen?
-Skąd wiesz?
Nie chciałem hamować, ale stopa opadła sama. Znów patrzę w te piękne oczy jednak teraz w moich jest wiele złości. Odsunęła się, boi się?
-Przepraszam. Przykro mi.
Co? Skąd ten smutny ton? Kurwa, znów nic nie rozumiem. Proszę cię! Becky nie wychodź! Nie wysiadaj! Zmokniesz! Stój dziwko i tłumacz mi się!
-Becky! Stój! Gdzie jest Mel!?
W oddalającym się głosie wyłapuje: „Tu, na drugim piętrze, okno przy schodach.”
Znikasz gdzieś w ciemnej uliczce. Wchodzisz do jakiejś meliny.
Z takim nastawieniem nigdy nie zaznasz spokoju. Właśnie odgoniłem od siebie swój ideał kobiety. Jestem kretynem, albo ktoś tam na górze mnie bardzo nie lubi. Wychodzę z samochodu. Na moją twarz spadają zimne krople. Nie wejdę głównym wejściem.
Ciemne uliczki to naprawdę mój dom. Od zawsze przyciągały mnie niczym magnez. Drugie piętro. Schody pożarowe, każdy stopień skąpany deszczem. Na każdym stawiam wolne kroki.
Czy jeszcze kiedyś ją zobaczę? Jeszcze, choć raz, przed śmiercią? Do niej jest mi bliżej niż do miłości. To musi być te okno. Choć raz dobrze trafiłeś, Melisa właśnie skończyła z kolejnym klientem. Plecy opierają się o zimny mur, a mój słuch wyczekuje na cichy dźwięk zamykanych drzwi. Cholerne okno nie chce się otworzyć.
-Sen! – Mel wciąga mnie do pokoju mocno ściskając szyję. Znów te jebane żebra. – Wejdź łobuziaku. Ludzie! Skończ z tymi walkami! Jesteś może... u ale śmierdzisz! Znów kogoś rozpłatałeś? Chcesz herbaty? Może prysznic? Zostaniesz chwilę?
Kochana Melisa. Moja kochana matka. Matka, której nigdy nie miałem. Jak zwykle rozgadana. Podobno nie przestawała gadać nawet, gdy ...hehe! Drobna blondynka, a piersiach niczym magnum 44 dla wielbicieli broni. Najzgrabniejsze nogi czterech przecznic, najzgrabniejsze zaraz po Becki.
-Sen, mów do mnie! Przecież wiesz jak lubię rozmawiać.
-Potrzebuje informacji Meliso.
Wiesz jak uciszyć każdego. W tym mieście takie stwierdzenie uciszało każdego. Znam też takie, które wszystkich ożywia:
-Zapłacę.
-Nie musisz.
Jest zmartwiona i widzę to dokładnie. Ta biedna kobieta nigdy nie potrafiła ukryć emocji.
-Chodzi mi o pewną kobietę.
Jej oczy wypełniły się łzami. Ona nie myślała o tym samym, co ja. Na pewno mnie nie zdradziła! Nie ona! Jest zbyt honorowa! Jedna z ostatnich w tym mieście.
-Jej goryle dorwały mnie w knajpie. Pizneli parę razy po żebrach, usadowili wygodnie, a damulka rzuciła mi kilka patoli za zabicie jednego faceta. Tym typem okazał się być Strenford. Byłem u niego w domu i ten skurwiel załatwił mi gębę jeszcze gorzej niż była. Ta szmata w wydekoltowanej sukience, która rzuciła mi kasą nie podała żadnych powodów. Znasz mnie i wiesz, o co mi chodzi.
Po moich słowach Melisa uspokoiła się wyraźnie. Nie lubię sprawiać kobietom przykrości. Kurwa jak ja tego nie lubię:
-Musisz znać powody. Rozumiem cię, ale musisz też wiedzieć, że nie mam jak ci pomóc. Wiem tyle, że u tego Strenforda pracuje kilka dziewczyn z okolicy, ale one nie puszczą pary z ust. Za dobrze im płaci i musisz to zrozumieć.
Kurwa. Co ja teraz zrobię?
-Opatrzysz mnie?
-Tak – jej głos nadal był dziwny – na początek weź jednak prysznic.

Może to i dobrze mi zrobi? Zawsze lepiej mi się myślało, gdy ciepłe krople wody spływały po moim ciele. Stałem tak pod prysznicem i myślałem. Myślałem i stałem i KURWA NIC NIE PRZYCHODZIŁO MI DO GŁOWY!
Odgłos otwieranych drzwi od łazienki. Melisa krzątała się tu nucąc coś pod nosem. Zabawna kobieta. Znów śmieje się sam do siebie. W sumie to nie jest takie złe.
Odsunięcie drzwi ukazała mnie w całej okazałości dla Mel, której nawet nie drgnęła powieka. Cholera, aż taki brzydki jestem czy to ona tak wiele widziała?
-Jeżeli zastanawiasz się nad tym, czemu nie reaguję to nie chcesz znać odpowiedzi.
Jebany szósty zmysł, pierdolona kobieca intuicja. Czy ona naprawdę istnieje? Powinienem coś na siebie założyć, a nie tu tak paraduje.
-Choć, zrobię to, o co mnie prosiłeś. Usiądź w pokoju, ale kiedy już zacznę to masz być grzeczny.
Siedzę na krześle, a ta drobna blondynka krząta się wokół mnie i niczym święta zajmuje się moimi ranami. Zapach różnych środków oczyszczających rany unosi się w powietrzu. Ciało lekko piecze tu i ówdzie.
Kobiety są potęgą tego świata. Masz szczęście, że taki ktoś jak Melisa jest ci przychylny. Może...
-Melisa – ton mojego głosu brzmiał błagalnie, gdyby kumple to słyszeli – powiesz mi coś o jednej z was?
-Becky?
Cholera to może ja się w ogóle zamknę? Wprawione ręce owijają moje ciało bandażem. Nadal myślę nad planem, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Moje myśli są skierowane w inną stronę.
-Nie wiem o niej dużo, ma chyba tyle lat, co ty. Robi na dzienną zmianę. Miła dziewczyna, kocha swoją matkę, a w sumie to chyba wszystko. Czemu pytasz?
-Tak – kłamstwa takim tonem nie wcisnąłbym dla dzieciaka – jakoś.
Nie zapytasz o więcej. Nie musisz. Czasem chciałbym żyć jak ty Meliso.
-Skończone.

Siedzę, w ciszy pokoju popijam herbatę. Patrzę w okno. Woda leje się strugami. Deszcz rozpadał się jeszcze gorzej. Mel smaruje się jakimiś kremami. Z knajpy na dole dochodzą odgłosy balangi. Kolejny łyk. Tak mi dobrze. Jestem taki spokojny. Jak długo będzie mi dane? Niesforną ciszę przerywa krzyk dziewczyny. Dochodzi z dołu od knajpy, do której poszła...
-Becky!
-Sen nie!
Słowa Mel rozpływają się w powietrzu pokoju.
-Zabijesz tu kogoś to zginiesz sam!
-Nie dam by ją skrzywdzili.
Zakładam koszulkę. Z kieszeni kurtki wyciągam swoje rękawice. Stare, dobre rękawice. Zaciskam pięść i jestem gotów. Gotów na wszystko byle jej pomóc. Kiedy stoję już na schodach pożarowych słyszę za sobą głos:
-Uważaj na siebie. Sen, musisz kogoś jeszcze pomścić.
Moje myśli stają na chwilę. Kogo? Za kogo mścić się może mi kazać dziwka?!
Włosy stają mi dęba, a zimny dreszcz spowalnia pracę serca. Nie ocieram łez, bo nie wstydzę się ich. Bo nie widać ich między innymi kroplami deszczu.
-Kto?
-Nie wiem.
-Kiedy?
-Wczoraj. Miałyśmy ci nie mówić. Zasady.
Strzały dochodzą z ciemności uliczki. Becky krzyczy! Dobrze... znaczy, że nadal żyje. Zbiegając po schodach nie zdążę, a tu liczą się ułamki sekund.
-Co ty robisz Sen! – Melisa, kochana matka. Martwi się o mnie, ale ja wiem, co robię.
Drugi budynek jest ze dwa metry dalej. Jedyna droga to w dół. Drugie piętro, mokra ściana. Dam rade.
Jeden sprawny skok. Moje ręce przylegają do ściany, buty robią to samo. Zsuwam się z pełną koncentracją. Szybkie spojrzenie w dół. Krótki impuls do mięśni nóg i rąk. Idealne zgranie. Kończyny wyprostowały się same odbijając mnie od ściany. W takich chwilach świat zwalnia swój bieg. Płaski lot i szybkie wygięcie ciała. Ląduje zgrabnie niczym kot. Znów słyszę krzyk tej pięknej dziewczyny. W co się znów pakujesz pacanie? Nie, nie rozpraszaj się. Zapomniałem o bólu, o problemach, kłopotach. Rytm wybijały mi krople deszczu.
Skradałem się po cichu. Już ich widzę, tylko trzech. Jeden trzyma Becki, są podpici.
Skurwysyny, dopiero was zobaczyłem, a już was nienawidzę. Bo ona nie jest tego warta. Zamykam oczy, bo nie czas na wątpliwości!
Jak zwykle pewni siebie, bo w trójkę:
-Ty tam! – Słyszę krzyk, gdy jeden z nich mnie zauważa. – Wypierdalaj stąd! Bo oberwiesz.
Ręka oprycha zasłania usta dziewczyny. Ja znam twoją gębę tylko jeszcze nie wiem skąd.
-Jesteś taki pewny?
Krople bębniły o metal wokół mnie. Oddech stał się płytki i rytmiczny.
Znów cisza. Najpierw ten, który trzymał Becki.
Ciszę przerywają uderzenia stóp o mokry chodnik. Kiedy tamci widzą mnie po raz kolejny stoję już między nimi.
-Puść ją.
Słowa bez uczuć. Tak powinien brzmieć twardziel. Spraw by się bali. Znam tę gębę.
Ręce faceta opadły, a Becki podbiegła do mnie.
-Spierdalaj do Melisy.
Mądra dziewczyna. Nie musiałem powtarzać drugi raz.
-To co? Pogadamy teraz?
Zaczynają się mieszać. Zaczynam cię poznawać. Nim skończę z twoimi kolegami przypomnę sobie, kim jesteś.
Czekam na wasz ruch. Czekam by móc się tłumaczyć przed samym sobą za to, co wam zrobię.
Jeden pewny krok przenoszący ciężar ciała w przód, a razem z nim pięść lądująca na gębie frajera. Cichy chrzęst. Idealne trafienie. Ciało osuwa się na ziemię.
Leż tam.
Uszy słyszą krok za plecami. Odchylam się odruchowo. Kątem oka widzę pięść. Ciało wygina się w tył od pasa w górę. Ręce obejmują kolejną ofiarę i mocno zaplatają się za plecami. Nogi unoszą się w górę. Jedna przekładam za szyję, a drugą opuszczam do czasu, gdy palce nie poczują gruntu. Już! Wszystkie mięśnie w setną sprężają się, a ugięte kolano trafia w twarz. Puszczam ciało, które stawia bezwładne kroki. Znów ląduje na cztery łapy. Odwracam się nagle, stając na proste nogi. Dwa kroki i odbicie unoszące moje skulone ciało na wysokość twarzy oprycha. Prostuję nogi. Schemat. Ciało zachowuje się naturalnie. Jakby zostało do tego stworzone. Ląduje.
-Zostałeś tylko ty.
Patrzyłem mu w oczy. Wyzywałem, bawiłem się nim. Wystarczyło tupnąć by zaczął uciekać. Nie dam ci tej satysfakcji.
-Uderz! Wal! No już!
Tak! Podnieś pięści! Tak! Uwielbiam odgłos pięści trafiającej w coś twardego! W ludzkie ciało! Tak! Ciężko o lepszego ode mnie!
Unikanie ciosów tego chłopaka jest jak zabawa. Nudzę się. Pięści same się uniosły. Lubiłem drażnić przeciwników. Raz, trafiłem pięścią w jego pięść. Zdziwiony? Dwa, jak dla mnie jesteś nikim. Trzy, staraj się, bo mocno narozrabiałeś. Ruszyłem w przód zaciskając rękę na gardle. Ściana. Uniosłem go.
Patrząc w jego oczy widzę tyle strachu. Nie dawno był taki odważny. Krople spadają dookoła. Nie wolno krzywdzić kobiet, tak mówiła moja mama. Łzy znów popłynęły mi z oczu. Pierdolone słabości. Przez takiego jak ty ona nie żyje! Przez takiego jak ty, takiego jak on! Druga ręka uniosła się sama. Mięśnie napięte do granic wytrzymałości zaczęły sprawiać ból. Będę mieć koszmary. Może przez to zaoszczędzę ich jakiejś dziewczynie. Żołądek. Najbardziej miękkie miejsce. Jeden cios. Nie lubię ciepła krwi na moich dłoniach. Tym bardziej ciepła flaków, jakie każdy z nas nosi w sobie.
Kolejny upadł martwy. Który to już od czasu, kiedy żyje na ulicy? Straciłem rachubę.
Odwróciłem się i podszedłem do zakrwawionej, znajomej mi postaci leżącej w kałuży.
-Kim jesteś do cholery?
Czekałem na olśnienie. Stałem w strugach deszczu patrząc na zakrwawiony ryj. Stałem tak już pewnie z dziesiątą minutę:
-Mike...
Przeklęty dzień. Cioteczny brat tego pedała Slima rzuca się do mnie z dwoma kolegami. Moją matkę zabito. Zakochałem się w dziwce. Przyjąłem dziesięć kawałków za zabicie jakiegoś skurwysyna. W tym wszystkim sam przylazłeś do mnie i to był twój jebany błąd! Kobiet nie wolno lekceważyć, bić! Rozumiesz!
-Nie martw się.
Mówiłem do faceta, który właśnie obudził się w moim uścisku. Klęczałem na ulicy pełnej wody. Trzymałem na kolanach członka rodziny osoby, której nienawidzę. Chciałem się zemścić. Pozostało mi jedno.
-Wybacz mi, ale w tym mieście za błędy ojca płaci syn. Musisz mnie zrozumieć.
Na początku próbował się wyrywać. Nie rozumiał, że to nie ma sensu. Uspokoił się dopiero gdy powiedziałem, że nie będzie bolało.

Nie bolało.

Ponownie stanąłem na równych nogach. Adrenalina dawała kopa. Uwielbiam ten naturalny narkotyk. Nic mnie nie boli. Jestem wolny. Czuję perfumy. Zabiłem na Starym Mieście, czas zapłacić. Becky! Poczułem ból w tyle czaszki.

Głowa okropnie mnie bolała. Obraz rozmazywał się w każdym możliwym kierunku. Nie wiedziałem gdzie jestem. Siedziałem przywiązany do krzesła.
-Zabiłeś.
Niewyraźny głos, niewyraźny kobiecy głos. Dochodził z daleka.
-Znasz zasady. Czemu?
-Obronie. W obronie... Becky ...Broniłem Becky.
-To się okaże.
Nie wytrzymałem dłużej. Zemdlałem znów. Przynajmniej jestem spokojny. Jeśli zginę i tak nikt nie zapłacze. Aniołeczek zapomni.





...Ale ja chcę żyć...



Silne uderzenie smukłej ręki w skórzanej rękawicy obudziło go, choć z trudem. Potem ktoś chlusnął w niego wodą.
- Wstawaj, Sen! - kobiecy twardy głos ocucił go zupełnie.
- Gail, mogłabyś być bardziej delikatna, on uratował mi życie... - to musiała być... Becky.
- W takim razie sama go walnij.
- Wyglądasz okropnie - młoda dziewczyna z wyraźnie otartym policzkiem i pękniętą wargą, kucnęła tuż przy nim i położyła zimną dłoń na jego rozgrzanym policzku. To była Becky. Patrzyła z czułością. Mel stała tuż za nią kiwając z dezaprobatą na jego stan.

Było tu jeszcze sporo innych kobiet, niemal wszystkie wyróżniały się swoimi skąpymi strojami. Siatki, skóry, ćwiekowane paski i gorsety, metalowa biżuteria i broń... wszędzie było jej pełno.
Sen siedział na krześle, pod nogami czuł zdjęte liny, był wolny. Strasznie bolała go głowa.
- Ech... złapał się za tył głowy wydając z siebie syk.
- Nazywam się Gail - jedna z nich podeszła bliżej, do niej należał ten bezwzględny głos - Mel zaraz się tobą zajmie a potem możesz zmiatać ... mały - zmierzyła go wzrokiem.
Część kobiet na jej skinięcie wyszła z niewielkiego, ciemnego i wilgotnego pokoju. Zostali tylko w czwórkę.
Wbrew pozorom Sen nie czuł się najgorzej. Czuł, że choć po części ale zemścił się na Slimie. Bolała go twarz i żebra, ale najbardziej tył głowy, dostał całkiem solidnie w łeb, aż dziwne, że te wątłe laski miały w sobie taką siłę... kobiet nie można bić, ani lekceważyć...



Geil - łeb boli mnie bez litości - mam sprawę.
Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Nie w takim momencie.
-Wiesz dokładnie, o co mi chodzi.
- Nie, mały nie wiem, ale coś mi mówi, że zaraz się dowiem - mówi nieczułym głosem, jest twarda, choć po wzroku dziewczyn... - No, co?
Spojrzałem na pokój ciężkim wzrokiem, ledwie myślę, a muszę gadać mądrze. Kurwa! Czemu nigdy nic nie przychodzi mi łatwo!
-Uratowałem jedną z was. Chyba coś mi się za to należy?!
Nienawidzę, nienawidzę, gdy ktoś mówi takim tonem. Beznamiętny, sztuczny... Potrzebuję informacji. Chcę je od ciebie Geil!
Nie czuje się na siłach by wstać. Tak bardzo bym chciał. Brak mi sił!
Geil uśmiecha się krzywo, widzę jej usta, jest piękna i zapewne mordercza...
- Hmmm - wygląda jakby się zastanawiała, no gadaj w końcu, ile mogę czekać - Shiva mówiła, że miałeś z tymi gośćmi jakieś porachunki. Jeśli tak, to uratowałeś Becky tylko przypadkiem. Jesteśmy ci wdzięczne sądzę, że Becky umówi się z tobą do knajpy, jeśli masz odpowiednio dużo forsy, aby zapłacić za drinka. Potrzebujesz informacji? Będą kosztować... tyle, co zwykle - nieugięta, twarda suka, a jednak coś w jej oczach mówiło, że to tylko poza...
Wstałem z krzesła. Ręką dociągnąłem głowę do prawego ramienia, słychać było trzask zaszłych stawów.
-Porachunki - zacząłem sucho, zgiąłem się w pół by rozciągnąć plecy, żebra okropnie bolały - tak. Mój ojciec był kiedyś jednym z nich. Teraz został mi dług do spłacenia.
Stanąłem prosto patrząc w piękne, zimne oczy. Kobiety, nie wolno ich lekceważyć. Trzeba je znać.
-Nie uratowałem jej przypadkiem. Zrobiłem to, bo... jesteście mi coś winne! Za jedną informację zapłacę. Drugą, powinnaś mi powiedzieć!
Nie potrafiłem się powstrzymać. Krzyk sam wyszedł z mojego gardła. Ton był ciężki, a z oczu ciekły łzy, na które nie było mnie stać wcześniej.
-Każda kobieta najpierw jest matką, potem dziwką czy kimkolwiek innym.
Podszedłem blisko Geil.
-To ona powiedziała bym nie wstydził się łez. - Tu liczy się kasa. Tylko tego pragną ludzie. Ty pewnie też Geil co? - Ile chcesz?
Geil złapała się w biodrach i słuchała uważnie. Zmrużyła oczy, chyba powiedziałem coś, co ją rozmiękczyło. Może się uda. Pozory, jak ja ich nienawidzę.
- Najpierw powiedz, co chcesz wiedzieć, potem ocenie ile ta informacja jest warta - Becky i Melisa nie mówią nic, ich oczy patrzą tylko to na mnie to na Geil. Chyba się udało.
-Potrzebuję dwóch informacji - podszedłem, stałem blisko, blisko na tyle by czuć jej zapach - wiesz, nie różnimy się tak bardzo. Oboje udajemy twardych by ten świat nie zeżarł nas, kłamiemy samym sobie...
Zorientowałem się, że plotę bez sensu, nie wiem po co, nie wiem czemu.
-Streanford, Telli Streanford. Potrzebuje informacji na jego temat. Na temat jego dziewczyny, żony, kochanki. Tej, która zapłaciła mi za zlikwidowanie tego skurwysyna! Druga zaś - łzy napłynęły do opuchniętych oczu, pieprzone słabości - chcę wiedzieć, kto zabił moją matkę!
Głos rozrywał gardło. Przepełniony smutkiem, odpowiedni do całej sytuacji, do tego zawszonego miasta. Jedyne prawdziwe uczucie. Smutek.
- Kto mu kurwa powiedział? - Geil spojrzała na Melisę, a ta spuściła wzrok.
- A co? Miałam mu nie mówić? Nie mogłam Geil! Wiesz sama! - Kochana Mel... nie miała wyboru.
-Nie patrz na dziewczyny, prędzej czy później i tak bym się dowiedział. Przecież to moja matka. Przestań już gadać i mów o cenie.
Nie chciałem dłużej tu być. Trzeba było działać, a czas uciekał nieubłaganie. Co będzie dalej?
- Słuchaj... - Geil odezwała się do mnie, mrużąc te swoje duże kocie oczy, pachniała deszczem - i tak wiem, że się dowiesz. Nie chcę tu żadnych burd, rozumiesz? Czy ty to w ogóle kurwa jesteś w stanie zrozumieć? Widzę to w twoich oczach, zemsta zżera ci umysł. Nie obchodzi mnie to Mel, jeśli na naszym terenie zrobi rozpierduche, nie będę mieć skrupułów. Była twoją matką, nie mogę ci zabronić... - Geil zamyśliła się i usiadła na drugim krześle - Mamy pewne podejrzenia, ale dokładnie nie wiadomo. Badamy ślady i wypytujemy to tu to tam. Musisz zrozumieć, że to stało się wczoraj. To na pewno nie twój ojciec.
- A to pierwsze... - Geil wstała i spojrzała mi w oczy - Nie za gówniorowaty jesteś, aby mieszać się aż tak wysoko?
-W takim mieście jak te, gdzie nie liczy się ludzkie życie, wiek nie gra roli. Od kiedy jesteś na ulicach? Pewnie też byłaś gówniarowata! Mam prawo do tego! Poszlaki! Chcecie odnaleźć mordercę, a jedyne, co robicie to pieprzenie głupot! Cena za informacje! Co mam zrobić! Co tylko chcesz.
Złość, jedynie ona pozostała, złość? Może rozpacz. Nie wiem, co mam robić. Liczy się czas.
-Geil - ton był zupełnie inny - proszę cię! Proszę.
Głowa opadła w dół. Jestem zmęczony, wszystko mnie boli, a życie nadal daje mi w kość. Patrzę na Becky, ten widok napawa mnie jakoś optymizmem.
-Proszę...
- Geil, powiedz mu i tak został już w to wciągnięty - odezwała się Becky.
- Widzę, że nie zależy ci na tym, aby on żył? Ta informacja będzie darmowa, mały: Ktoś cię wrobił! Lepiej zgarnij kasę i ukrywaj się.
- Jeśli jednak chcesz wiedzieć, musisz dać mi... z dwieście dolców na początek. Ale dobrze się zastanów - Geil wstała tak jakby miała stąd iść, widzę w jej oczach, że nie chce mówić o Streanfordzie, widzę w jej oczach, że zna skurwysyna i być może tą damulkę...
Dwieście dolarów? Wciągnięty, w co? Kto mnie wrobił? Zajebię ich wszystkich! Gówno mnie to obchodzi! Wszystko mnie nic nie obchodzi! Dwieście, masz! Leżały w kieszeni, zapłata za pizze. Bierz! Patrzę jak banknoty lądują na ziemi.
-Wyjaśnij mi to dokładnie. Jeśli już ktoś mnie wrobił to chciałbym wiedzieć, co może na tym zyskać? Komu, aż tak bardzo zawadzam? Kim jest ta suka, która zapłaciła za zabicie Streanforda!
Nie chcesz mi powiedzieć dziecinko, bo boisz się o mnie? Czy może boisz się o siebie? Po mnie nie będą płakać.
Geil zatrzymała się w drodze do drzwi, odwróciła głowę i powiedziała:
- Wyjdźcie dziewczyny.
Mel i Becky zaraz opuściły pokój. Sprawa wyglądała bardzo poważnie. Nie bała się o mnie, tak, bała się o siebie. Usiadła na krześle i spojrzała z pogardą na pieniądze leżące na stole. Wyjęła paczkę papierosów, odpaliła jednego, a resztę rzuciła na stół.
- Lepiej usiądź.
Poczekała aż zrobię to, o co prosiła. Dym z papierosa unosi się nad naszymi głowami. Czas zamarł.
- William Streanford to stary gubernator, ojciec Tellyego. Chłopaczek miał dość przesrane życie, jego ojciec był bardzo apodyktyczny. Za jego kadencji miałyśmy tu w Starym Mieście niezłe problemy. To wszystko przez jego synalka, który się u nas stołował. Miał tu cizię. Nazywała się "Mary" skrót od Mercedes. Nie wiem jak dokładnie sprawa się skończyła, ale Mary się przeprowadziła, przestała być jedną z nas. Podobno mierzyła wysoko, nie zdziwię się, jeśli w końcu dopięła swego. Telly wyjechał. Ojciec posłał go na studia. Potem przyjeżdżał tu bardzo rzadko miał ciężką pracę. Czasem zamawiał jedną z nas, ale nie wszystkie chciały jechać do niego. Wiesz, mamy tu zasady. Tydzień temu William zmarł, ten pies w końcu zdechł. Skurwiele żyją długo. Pogrzeb ma się odbyć chyba niedługo. Znajdziesz to w gazecie.
Na stole leżało już pięć stów. To i tak niska cena za takie informacje. Nie wiedziała więcej.
-Pogrzeb... czyżby synalek chciał przejąć fotel po ojcu? Czy może ma swoje plany? Cholera, znów te pytania. Mercedes, to ona mi zapłaciła?
Kurwa ze wszystkiego pojawiają się tylko niepewności. Co bym nie zrobił mam coraz więcej pytań!
-Co ja mogę mieć z tym wszystkim wspólnego? Co z moją matką? Nie było żadnych dziwnych znaków w jej zachowaniu wcześniej? Nie bała się nikogo? Nic się nie zmieniło?
- Nie wiem kurwa nie wiem! Myślisz, że sama nie mam problemów? Każdy je ma! Nawet taka dziwka jak ja! - Geil zgarnęła pieniądze, fajki ze stołu i wyszła.

Zostałem sam, tylko te pytania i ból, nie to nie był ból, przeczucie rychłej śmierci.

Siedzę sam w ciemnym pokoju. Palce rytmicznie stukają o blat zakurzonego stołu. Cisza.
Siedzę sam w ciemnym pokoju, nucę kołysankę, którą matka śpiewała mi co wieczór. Cisza.
Siedzę, lecz nie sam, w pokoju, który rozświetla blask pięknych oczu. Nie wiem, kiedy tu weszła.
-Dziś śpisz ze mną. – Becky, mój aniele. Jej delikatny głos. Wszystkie problemy znikneły. Uśmiech pojawił się na zapłakanej twarzy.
Wstaje i bez słowa podążam za swoją panią. Tak pięknie pachnie. Oddałbym za nią życie.
Minuty, dochodzimy do obskurnego pokoju. Piękne miejsce.
Siedzę sam... na sam ze swoim Aniołem. Żadne z nas nie wypowiada ani jednego słowa. W myślach, wszystko jest w myślach. Patrzę na nią wzrokiem, wyrażającym moją miłość do tej pięknej kobiety.
Becky zdejmuje kurtkę. Robię to samo.
Podchodzę do niej i przytulam. Jej ciało drętwieje na chwilę, boi się.
-Coś się stało? – Pytam, tak cudnie pachnie.
-Jestem głupia – głos wyraża smutek – bo chyba zakochałam się w kimś, kto niedługo zginie.
Patrzę w jej cudne oczy. Przez chwilę ucieka wzrokiem. Wstydzi się. Moja dłoń dotyka do jej delikatnej twarzy. Jej usta dotykają moich.
Ambrozja.
Czuję łzy spływające mi po policzkach. Gubię się w myślach. W głowie powstaje mi pustka. Jesteśmy tak młodzi, a już tak bardzo zmęczeni życiem. Moje ręce jeszcze mocniej zaciskają się wokół smukłej tali tej pięknej dziewczyny.
Słowa same pchnął mi się na usta. Boje się ich.
-Kocham cię – szepczę jej do ucha – choć nie wiem, czemu. Kocham cię.
Podnoszę jej głowę by patrzeć w te cudowne oczy. Palcami przeczesuje włosy. Nie mówi nic. Jej ręce lądują na mojej szyi. Delikatne usta muskają moją szyję.
Znikają wszystkie problemy, odchodzi ból. Moje dłonie same opadają w dół po tym cudownym ciele. Koniuszkami palców wyczuwam koniec jej bluzki. Delikatnie podnoszę ją do góry. Rzucam na ziemie. Patrzę na półnagą piękność stojącą naprzeciw mnie, dałbym sobie głowę uciąć, że ta młoda dziewczyna zawstydziła się, choć czy to możliwe?
Becky odchodzi o krok. Jej dłonie opierają się o moją klatkę piersiową. Lekko napierają. Siadam na łóżko.
Jednym, sprawnym ruchem Becky pozbawia mnie koszulki. Boże! Jak ona się rusza! Siedzę przyglądając się mojej Bogini.
Becky siada na mnie okrakiem. Moje ręce zaplatają się za jej plecami. Usta lądują na piersiach. Tak delikatna skóra. Zapach, który działa na mnie jak narkotyk. Wprawione palce, zapięcie stanika nie opiera się długo. Młode jędrne piersi. Nie mogę oderwać od nich wzroku. Delikatne dłonie podnoszą moją głowę. Uśmiech na twarzy tej dziewczyny jest wart każdego życia.
Becky wstaje. Podnosi z łóżka mnie. Jej ręce ponownie zaplatają się za moją szyją. Pocałunki słodkie lekarstwo na każdy z moich kłopotów. Tracę zmysły, pozwalam rozkoszy panować nade mną. Nie zauważam, kiedy nadzy lądujemy na stole.
Cholera, te cudowne ciało. Becky nie traci czasu. Ile ta dziewczyna ma siły. Przypiera mnie delikatnymi dłońmi do blatu i dosiada. Grzbiet z rozkoszy wygina się w łuk. Usta otwierają się i zamykają na przemian, bez świadomości swoich czynów, szalony od rozkoszy. Moje dłonie muskają delikatne ciało. Czuje jak mięśnie Becky prężą się pod jej delikatną skórą. Łapie jej ręce w nadgarstkach. Zabieram ze swojej klatki. Podnoszę się ku górze. Mocno przytulam mego anioła. Ta pozycja. Gdzieś o niej czytałem. Podobno to kwiat lotosu. Krzyk sam ucieka mi z gardła. Wywołały go paznokcie raniące moje plecy. Me dłonie zaciskają się na jędrnych pośladkach. Jej szybki oddech, rytmiczne sapanie, działa na mnie jak zapach krwi na rekina. Instynkt, cichy syk rozkoszy. Seks z taką dziewczyną to błogosławieństwo. Zbieram swoje myśli! Zdejmuje ją z siebie. Przez chwile rozkoszuje się widokiem. Ciało rozpalone od chęci i pożądania. Oczy, w których kryje się szaleństwo. Każdy mięsień gotowy. Becky odwraca się ode mnie. Szybko podchodzę do niej. Rękoma opieram się o jej biodra. Lekko, lecz zdecydowanie. Uginam nogi. Szybki ruch. Cichy jęk. Kolejny raz, jest jej coraz lepiej. Widzę to, czuję to, jest cudowna. Mój Anioł! Wyrywa się i odchodzi o krok. Patrzę w jej oczy. Śmieją się, są lekko zdziwione, czyżbym był lepszym kochankiem niż mi się wydawało? Koniec myślenia. Czuję jak drobne rączki ciągną mnie do łóżka. Znów ona rządzi. Nie przeszkadza mi to. Przeciwnie. Rozkoszuje się widokiem. Młode ciało, skapane w pocie o przecudnej woni. Naprężone mięśnie, rytmiczne ruchy, ciche jęki, ona, ja.
Rozkosz.
Piękne ciało. Tak delikatne. Unosi się nade mną. Oczy przymrużone z rozkoszy, włosy rozwiane wiatrem, którego nie ma. Piękne piersi falujące w ten jedyny, wspaniały sposób. Delikatne pośladki, silne uda. Głośny krzyk! Kurwa jak mi dobrze! Silny uścisk! Oddam wszystko by ta chwila trwała wiecznie! Czuje jej wspaniały zapach! Moja Bogini!
Zaciska mi ręce na szyi. Dusi mnie, ból, brak tchu...
Cudna woń jej skóry, delikatny dotyk, czysta rozkosz... kilka sekund nie z tego świata! Czuje jak jej ciało drży... może to nie jej? Chyba nie upilnowałem się do końca.
-Ja też cię kocham.
Becky szepcze. Jest zmęczona tak jak i ja. Kładzie się, jednym skinieniem każe mi zrobić to samo. Nie opieram się. Jej udo ląduje na moim biodrze. Ręce oplatają szyję. Czuje jej ciepło. Delikatny pocałunek w policzek.
-Dobranoc.




Rano już jej nie było. Został po niej zapach w gorącej jeszcze pościeli. Czy spotkają się jeszcze? Czy warto było dla niej spróbować zmienić swój los? Sen rozmyślał chwile leżąc jeszcze w łóżku. Potem ruszył się ociężale, bo ból w brzuchu nie dawał mu spokoju. Chyba był głodny...
Nagle zorientował się, że coś jest nie tak. Coś w powietrzu, zapach prochu! Jak w jakimś amoku trafił za drzwi łazienki... Becky, leżała w kałuży swojej krwi. Jeszcze żyła. Gdy go zobaczyła wyciągnęła do niego rękę i starała się coś powiedzieć. Nie udało jej się, zamiast tego z ust wyciekła krew. Padł tuż przy niej i wziął ją w ramiona. Chciał krzyczeć – Nie umieraj, pokochałem cię dopiero! Czemu teraz, właśnie teraz? Rozpacz i niewypowiedziane słowa. Czuł się bezsilny. Umarła zaraz potem.
Slim to musiał być on. Zabił jej matkę. Wczoraj próbował zabić Becky, teraz mu się udało.
Sen musiał coś zrobić! Czemu Slim zaczął zabijać? Zawsze chodziło mu o kasę. Czemu więc nie zabił go, skoro tu był? Musiała zginąć bliska mu osoba?
Sen przez moment poczuł się jak zaganiane do zagrody bydło. Poczuł niemoc. Ból w brzuchu się nasilił, ból zbliżającej się śmierci. Czy uda się mu przechytrzyć los?
Sreanford, Slim i ta zabójcza piękność Mercedes. Musiał się dowiedzieć co ich łączyło.



Jebana złość, pieprzona rozpacz, kurewski żal
-Dlaczego!? Dlaczego ona musiała zginąć?!
Slim! Wiem, że to ty skurwysynu! Zabiłeś mi matkę, teraz zabiłeś ukochaną dziewczynę. Gdzie jest ta pieprzona bluzka?! Nie daruje ci tego! Samochód! Zostawiłem go nie daleko. Czemu choć raz nie mogę wyjść z jakiegoś budynku normalnie? Zawsze robię to oknem.

Stoję na metalowych schodach jeszcze mokrych od nocnego deszczu. Łeb boli mnie nie wymiernie. Jakim cudem ktoś zdołał ją przy mnie zabić? Czemu się nie obudziłem? Znów boli mnie żołądek. Kiedyś przez to zdechnę. Co teraz?

Minęło pięć minut. Siedzę w gruchocie swojego kumpla. Myślę, w głowie szukam adresów, które mogą mi się przydać. John. Mieszkasz na odludziu i to będzie twój błąd.

Dziesięć minut i jestem pod jego domem. Otwieram bagażnik i szukam jakiejś broni. Nie ma tu nic, co mogłoby się przydać. Biorę jedynie młotek. Pewnym krokiem przechodzę podwórko. Ten skurwiel pewnie jeszcze śpi. Pamiętam jak łamał mi palce. Teraz ja go połamie. Cicho otwieram zamek i po ścianach wpieprzam się na pierwsze piętro. Bezszelestnie wchodzę do jego sypialni jak jakiś pieprzony bohater komiksu. Delikatnie budzę dziwkę, która leży u boku tego sukinsyna. Jest zapłakana. Cicho szepcze mi do ucha bym i za nią się zemścił. Nie ma sprawy dziecino. Odchodząc zostawia pistolet. Spluwa może się przydać. Co teraz? John jest twardy. Jak zmusić go do gadania? Rozglądam się po pokoju. Biorę młotek w dłoń.
-Ene... due... rike... fake... pierdol... dziwke... prosto...
Nie trzeba było nic więcej. Ciszę poranka przerwał głośny krzyk. Muzyka dla mych uszu. Patrzę jak pościel nasiąka krwią. Zaciskam dłonie na jego szyi. Puszczam z rzadka by mógł coś z siebie wyksztusić. Nie chce mówić. Młotek. Góra. Dół. Krzyk. Z jednym sprawnym kolanem ciężko się tańczy. Nie pomogło. Młotek. Góra. Złamał się. Jednak nie był taki twardy jak mówili. Może to widok własnych kości tak go przeraził?
Zostawiam tego śmiecia na pastwę losu. Złamałem mu drugie kolano, poprzebijałem dłonie i urwałem jaja. Ona mnie o to poprosiła.
Znów jadę przed siebie. Filip. Padło to imię. Filip O’Mez. Nie znam go. Dochodzi ósma. Ładny dom. Podobno on ma wiedzieć coś więcej o tej dziwce. Według Johna Slim wyjechał z miasta. Nie wierzę w to i wiem, że znajdę go na pewno. Patrzę się w okna. Czekam na jakiś ruch. Skradam się po podwórku. Ktoś jest w kuchni. Męska sylwetka. Zakładam kaptur. Rozbieg, krótki skok. Wlatuję przez okno, dookoła rozsypują się kawałki szkła. Ląduje na prostych nogach. W ułamku sekundy łapie za gardło faceta, który stoi przede mną. Jest całkowicie zszokowany. Widzę w jego oczach strach. Czuje strzał adrenaliny.
-Filip?!
Biedak potwierdzająco macha głową. Rzucam go na lodówkę. W amoku tracę nad sobą panowanie. Podnoszę dłoń. Szybki ruch. Nożem przytwierdzam ją do blachy. Skurwiel za głośno krzyczy. Jeden cios, zemdlał. Skurwysyn. Czekam aż się obudzi. Przy okazji robię sobie kanapkę, piję kawę. Od razu czuje się lepiej. Budzi się. Patrzy na mnie przerażonym wzrokiem.
-Mogę skończyć na tej jednej dłoni, jeśli będziesz mówił. Rozumiesz?
Mówię spokojnie, niech ten drań się boi. Nie ma sprzeciwów. Filip, informator Slima.

To właśnie ten sukinsyn znalazł moją matkę, wiedział gdzie będę nocować, gdzie była Becki tego wieczoru, gdy zabiłem ci brata Slim. Skończyły się dostawy informacji. Jadę samochodem i patrząc w lusterko myślę nad tym, co zrobiłem dla tego biedaka. Dziwne, że nie dałem rady włożyć mu pięści do gęby. Musiałem poszerzyć mu uśmiech. Musiałem, by wyrwać mu ten pieprzony język. Musiałem!!

Nim wypowiedział ostatnie słowa swego nędznego życia zdążył powiedzieć coś na wagę złota. Slim i Mercedes. Wspólnicy. Slim chciał wykończyć mnie tym, że pozbędę się Streanforda, który przeszkadza tej suce. Proste. Cała wina poszłaby na mnie. On miałby czyste ręce. Tylko mam jedno pytanie? Co wspólnego z tym wszystkim ma Streanford? Coś tu nie gra. To nic. Może od tej suki dowiem się czegoś więcej.

Mija piętnaście minut. Stoję na schodach domu w bogatej dzielnicy. To tu ma mieszkać ta suka. Co ja zrobię? Przecież nie skuje jej gęby. Może?

Minęła chwila. Siedzę na dachu. Patrzę w okno sypialni. Myślę nad tym, co mam zrobić. W głowie mam pustkę. Po cichu otworzyłem okno. Stoję i patrzę się na ciało pięknej kobiety artystycznie zmieszane z atłasem pościeli. Podchodzę do drzwi i przekręcam klucz. Zastawiam je szafką. Biorę krzesło stojące gdzieś pod ścianą. Pewnie w domu jest paru ochroniarzy. Poradzę sobie. Jedwabnymi apaszkami przywiązuje jej ręce do poręczy. Oby nie krzyczała. Nie chce jej skrzywdzić. Siadam. Czekam. Ale się wjebałem.

Nie jestem ideałem, znalazłem ciekawsze rozwiązanie - jestem sobą.
07-26-2013 13:30
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


[-]
Szybka odpowiedź
Wiadomość
Wpisz tutaj swoją odpowiedź.


Potwierdzenie kodem
Potwierdzenie kodem
(wielkość znaków nie ma znaczenia)
Przepisz tekst z obrazka po lewej do poniższego pola tekstowego. Taki proces jest niezbędny, by zapobiec wysyłaniu wiadomości przez automaty.

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Impressum | Mitglieder | Regeln | Forensoftware MyBB