23-03-2014, 15:44
Ostatnio tuż przed równonocą napadła na mnie fala snów które jakimś cudem zapomniane być nie chciały(na dodatek silnie na mnie wpływały w strefie emocjonalnej). Opiszę tu pokrótce jeden z nich:
Znajduję się w pomieszczeniu tuż przy oknie, w swoim domu. Wyglądając przez nie widzę stado max dwutygodniowych kotków nieudolnie spacerujących sobie po placu. Otwieram okno i wychodzę przez nie(tu jest pierwsza trochę dziwna rzecz w tym śnie: byłam w domu chyba w kuchni, a wychodzę przez okno piwniczne). Jak już się wyczołgałam z małego kwadratowego okna, zabrałam się za łapanie kotków, zbierałam je raczej bez problemów(nawet jak próbowały uciekać to robiły to tak ciapowato ze złapanie ich było drobnostką). Każdy z nich był inny, różniły się diametralnie kolorem futra, budową ciała, mimika itd(zupełnie jakby każdy był innej rasy, choć żadnej nie rozpoznałam). Zebrałam ich chyba z ok 15 przy czym one powoli znikały mi z rąk(nadal ja miałam ale ich tam nie było, zupełnie jakbym je wchłonęła czy coś), ostatni był strasznie krępy i nienaturalny nawet usłyszałam we śnie komentarz "ale on dziwny gruby i nieproporcjonalny" z tym że nie mam pojęcia kto ten komentarz wydał bo byłam tam sama, w tym momencie się obudziłam. Przez cały czas trwania snu byłam pewna że te kocięta to (urodzone przez)dzieci mojego kocura Bonifacego, nie widziałam go tam ale czułam jego obecność. I to też jest trochę dziwne bo przecież kocur nic nie urodzi, zwłaszcza ze ponad pół roku temu mój kochany już prawie bezzębny emeryt w czarnym futrze postanowił odejść i jak to w zwyczaju kotów umrzeć z dala od rodziny. Kiedy spałam byłam świadoma tych bezsensów ale nie zwracałam na nie uwagi, trwając w atmosferze odkrywania czegoś, odkrywania, zdobywania wiedzy itp.
Ogółem sama już mniej więcej zinterpretowałam sobie ten sen, ale ciekawi mnie wasza opinia. Być może znajdę tutaj podpowiedź, czyniącą ten sen trochę jaśniejszym.
Dodatkowo wspomnę ze sen tego typu śnił mi się drugi raz od zniknięcia Bonifacego. wtedy nie zwróciłam na niego uwagi, teraz było inaczej więc zapewne już więcej mi się nie przyśni.
Dziękuję i zapraszam do interpretacji.
Znajduję się w pomieszczeniu tuż przy oknie, w swoim domu. Wyglądając przez nie widzę stado max dwutygodniowych kotków nieudolnie spacerujących sobie po placu. Otwieram okno i wychodzę przez nie(tu jest pierwsza trochę dziwna rzecz w tym śnie: byłam w domu chyba w kuchni, a wychodzę przez okno piwniczne). Jak już się wyczołgałam z małego kwadratowego okna, zabrałam się za łapanie kotków, zbierałam je raczej bez problemów(nawet jak próbowały uciekać to robiły to tak ciapowato ze złapanie ich było drobnostką). Każdy z nich był inny, różniły się diametralnie kolorem futra, budową ciała, mimika itd(zupełnie jakby każdy był innej rasy, choć żadnej nie rozpoznałam). Zebrałam ich chyba z ok 15 przy czym one powoli znikały mi z rąk(nadal ja miałam ale ich tam nie było, zupełnie jakbym je wchłonęła czy coś), ostatni był strasznie krępy i nienaturalny nawet usłyszałam we śnie komentarz "ale on dziwny gruby i nieproporcjonalny" z tym że nie mam pojęcia kto ten komentarz wydał bo byłam tam sama, w tym momencie się obudziłam. Przez cały czas trwania snu byłam pewna że te kocięta to (urodzone przez)dzieci mojego kocura Bonifacego, nie widziałam go tam ale czułam jego obecność. I to też jest trochę dziwne bo przecież kocur nic nie urodzi, zwłaszcza ze ponad pół roku temu mój kochany już prawie bezzębny emeryt w czarnym futrze postanowił odejść i jak to w zwyczaju kotów umrzeć z dala od rodziny. Kiedy spałam byłam świadoma tych bezsensów ale nie zwracałam na nie uwagi, trwając w atmosferze odkrywania czegoś, odkrywania, zdobywania wiedzy itp.
Ogółem sama już mniej więcej zinterpretowałam sobie ten sen, ale ciekawi mnie wasza opinia. Być może znajdę tutaj podpowiedź, czyniącą ten sen trochę jaśniejszym.
Dodatkowo wspomnę ze sen tego typu śnił mi się drugi raz od zniknięcia Bonifacego. wtedy nie zwróciłam na niego uwagi, teraz było inaczej więc zapewne już więcej mi się nie przyśni.
Dziękuję i zapraszam do interpretacji.

