![]() |
|
Cicha i Kania - Wersja do druku +- Witchcraft - Forum ezoteryczne (http://witchcraft.com.pl) +-- Dział: Magia (http://witchcraft.com.pl/forumdisplay.php?fid=10) +--- Dział: Magia Słowiańska (http://witchcraft.com.pl/forumdisplay.php?fid=382) +---- Dział: Demonologia (http://witchcraft.com.pl/forumdisplay.php?fid=391) +---- Wątek: Cicha i Kania (/showthread.php?tid=11697) |
Cicha i Kania - Wierzbix - 07-08-2023 Witajcie.
Zdziwił mnie brak tego tematu. Wydawało mi się, że źródła brałam właśnie stąd.
Temat już się pojawił - o tu, ale pozwolę go sobie trochę rozbudować, bo po prostu mam fajne źródło. Tekst mam zapisany od około 2 lat - nie pamiętam, skąd. Możliwe, że nawet od Nikodema, ale forum przeszukałam i nie znalazłam.
Źródło bardzo mnie poruszyło i zapisało się w mojej pamięci.
*___________________________________________________________________________________________________*Cicha
Cicha, postępująca w milczeniu i ukryciu, stanowi tajemniczą personifikację moru dziecięcego w mitologii. W jej cichym przyjściu tkwił nieopisany niepokój, gdyż demon ten, uosabiający dziecięce nieszczęścia, wyłaniał się nagle i bez ostrzeżenia, powodują nagłą stratę życia wśród najmłodszych.
Jej postać przybierała pozornie niewinne oblicze małej dziewczynki, o kruczoczarnych włosach, delikatnie opalonej skórze i oczach wyróżniających się nieproporcjonalną wielkością. W białej szacie, emanującej jednocześnie niewinnością i zagadkowym groźbą, przechodziła niepostrzeżenie przez świat. Jej włosy były przetykane wiankiem z maku, a krwawo zabarwioną chustą splatała swój warkocz. Tam, gdzie jej stopa dotknęła ziemi, rośliny więdnęły, ptaki milkły w przerażeniu, a owady wstrzymywały swoje brzęczenie. Wokół unosił się upiorny zapach śmierci.
Cicha miała również zwyczaj odgrzebywania starych grobów na cmentarzach, wyciągając spod ziemi kości, aby je ponownie ukryć. W jej dłoni trzymała czarny, stalowy pręt lub rózgę, symbolizujący jej władzę nad życiem i śmiercią. Tą tajemniczą narzędziem dotykała dzieci, co w skutek skrytego działania prowadziło do ich nagłej i rychłej śmierci.
*___________________________________________________________________________________________________* Zapisane źródło:
W dzień świąteczny pod rozłożystą lipą igrało grono dziatek ze wsi pobliskiej. To rwały kwiatki, to skakały, ta na drewnianych konikach harcowały, śmielsze pacholęta darły się na lipę, dojrzawszy wróble gniazda. Nie było płaczu, radość jaśniała na czerstwych obliczach, gwar wesoły i śmiech niewinny rozlegał się wokoło; dzwonek z pobliskiego kościoła dał się słyszeć, bo tam mszę świętą odprawiał pobożny kapłan, pobożni wieśniacy, rodzice tej miłej dziatwy i starsze rodzeństwo, na kolanach zanosili gorące modły do Boga.
Z jodłowego lasu, miedzą pomiędzy zbożami, wyszła mała dziewczyna w białej szacie. Twarz miała śniadą, jakby jej ojciec Tatar, oczy wyłupiaste, chłodne, urocze; na czarnych włosach wianek z maku polnego odbijał jak żar na czarnych węglach, warkocz obwijała krwawa chusta. Czarny pręt dzierżyła w ręku. Szła z wolna, ale gdzie stąpiła, kwiatki usychały, trawa paliła się jak tam, kędy jadowita żmija prześliźnie. I zaszła najprzód na cmentarz wiejski, stare mogiły odgrzebuje, dobywa kości i chowa, stare trumny rozbija i z nich także strupieszałe dobywa kości. Kędy się zbliży, zaraz obwiewa wokoło zimno grobowe, chłód lochu stęchłego i wilgotnego. Do człowieka nie rzekła słowa, ale sama do siebie mruczy niezrozumiałą mową.
Z tamtej strony lasu kmiotek, idąc do kościoła, potrącił tę dziewczynę i zaraz mu się w głowie przewróciło, nie doszedł jeszcze do kościelnego muru, powiesił się na suchej wierzbie.
Szła dalej z cmentarza przez wieś, ale sioło było puste, bo starsi bili czołem Bogu, a dziatwa igrała na trawniku pod lipą. Zaledwie dojrzała to grono niewiniątek, przysporzyła kroku, martwe ślepia wytrzeszczyła więcej i rumianą dziewczynkę, co najbliżej stała, dotknęła czarnym prętem. Dziecina wstrzęsła się, zadrżała i padła nieżywa; rumieniec znikł od razu, bo lice sczerniało jak węgiel. Zimno grobowe owiało grono dziatek, ustał gwar wesoły i śmiechy, krzyk trwogi rozległ się wokoło. Dziewczyna Cicha bije prętem, a dziatki jak pisklęta zduszone padają, czernieją. Starsze poczęły uciekać, strach dodał im siły, rozpierzchły się na różnej strony, daremnie chciała je dogonić dziewczyna Cicha. W zielonej dąbrowie rozproszone dziatki zbierają się razem, wabiąc się głosem przytłumionym jak rozproszone stado kuropatw. Tam z bijącym sercem oddychały zmęczone.
Chłopię najstarsze stanęło na nogi i zza dębu dojrzało, że dziewczyna, co ich tyle zabiła, powróciła na cmentarz. Słońce było na zachodzie, ojcowie i matki biegają po polach i ogrodach szukając dziatek. Młoda matka pierwsza trafia na trawnik pod lipę i z krzykiem rozpaczy upada na sczerniałe zwłoki pierwszej dziewczynki; była to jej pierworodna córka. Na ten głos straszliwy biegną niewiasty, biegną ojcowie, schodzą się starcy. Matki rozdzierającym krzykiem chcą przywrócić do żywota zmarłe dzieci, ojcowie w milczeniu płaczą, a starcy ze łzawym okiem mówią: był tu mór dzieci, dziewczyna Cicha. Pierwsza matka, co zwołała krzykiem inne, nie powstała już więcej; drugie niewiasty wprowadzają z rozpaczą do chaty mężowie, starcy zabrali trupy dziatek, aby je pochować w świętej ziemi.
*___________________________________________________________________________________________________*
Kania
Kania, tak samo jak powyższa Cicha, jest demonem z mitologii słowiańskiej. Przybierała postać kobiety, materializując się na białym obłoku. Jej wygląd emanował łagodnością, przyciągając dzieci swym ujmującym obliczem, które przywoływało myśli o matczynej opiece. Wprowadzane w błąd, maluchy wchodziły na to chmurowe przeznaczenie, nie zdając sobie sprawy z groźnej pułapki.
Kania, wraz z chmurą w którą wchłonęła swe niewinne ofiary, przeprowadzała je przez progi innych wymiarów, zostawiając za sobą puste domy i zgubione marzenia.
Na obszarze Kaszubów, Kania była manifestacją wszelkiego zła. Jej postać żyła w duszach jako mroczny gniew, a jej ucieleśnieniem był ptak noszący to samo imię. Wierzenia głosiły, że demon zamieniał się w tego ptaka, a nad wioskami krążył w poszukiwaniu niewinnych dusz. Oznaki obecności Kania ujawniały się poprzez przeraźliwy pisk wydawany przez zwierzę.
Do czasów chrześcijańskich przetrwał obrzęd ludowy, który nazywany był "ścinaniem kani" podczas święta Jana Chrzciciela. Polegał na złapaniu ptaka (niekoniecznie sokoła - ptak był tylko symbolem), a następnie jego egzekucji na rozstaju dróg. Według informacji zawartych w „Biuletynie kaszubsko-pomorskim” 1968 obrzęd ten przybierał formę symbolicznej egzekucji podczas której zastępowano żywego ptaka jego podobizną np. drewnianą figurą i dokonywano jedynie symbolicznego rozlewu krwi.
*_________________________________________________________________________________________________*
Zapisane źrodło:
W zielonej dąbrowie wiatr ciepły powiał, właśnie słońce już tylko ostatnim promieniem świeciło, a pozostała drużyna strwożonych dziatek nie śmiała ruszyć się z miejsca.
Mglisty obłok nadpływa nad ich głowy, z pośrodka wychodzi dziewica ślicznej urody z miłym uśmiechem.
Niektóre dziatki, wyciągając do niej rączki zawołały: matko! matko! I biegły do niej jak do matki. Dziewica tuliła je do łona, udziela łakoci, inne patrząc na to z radością biegną za pierwszymi, a dziewica sadza je rzędem w obłok i – gdy wybrała wszystkie – mglisty obłok uniósł się w górę, płynie lekko, dziatki gwarzą wesoło, bo je dziewica jak matka utula i pieści.
Zadzwoniły dzwony we wsi, niosą zmarłą matkę najprzód, niewiasty płaczą na swój stan sierocy, bo żadne we wsi nie zostało dziecię. Mężowie ze spuszczoną głową na piersi postępują z wolna, starcy niosą sczerniałe zwłoki morem zabitych dziatek. Jęk dzwonu pogrobowego rozległ się wokoło, wtedy dziewczyna cicha niosła pełen fartuch strupieszałych kości, usłyszała ten głos powolny dzwonu, zrozumiała go dobrze, bo jej twarz śniada, martwa, uśmiechem się rozjaśniła, a oczy mgliste rozogniły.
Wtedy razem nadpłynęła mglista chmura, w której dziewica Kania unosiła pozostałe grono dzieci, wydzierając je na zawsze z łona matek.
Starzec jeden poznał, co się święci w tej chmurze, krzyknął zatrwożony: Dzieci! Kania leci! i przycisnął sczerniałe zwłoki wnuka do siebie.
Próżna trwoga, już żadnej nie było dzieciny we wsi, jedne mór zabił, drugie chmura ciemna uniosła na zawsze, a matki sieroty zalewały się łzami, daremnie czekając powrotu zbłąkanych dzieciątek.
*___________________________________________________________________________________________________* Teraz najważniejsze, czyli źródła:
|