Ocena wątku:
  • 1 głosów - 5 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Jeśli ktoś się nudzi, proszę. UWAGA! Dłuuugi tekst
Autor Wiadomość
Kynokefalos Offline
Wtajemniczony

Liczba postów: 80
Dołączył: Apr 2013
Reputacja: 3
Podziękowania: -1
Podziękowano 0 razy w 0 postach
Post: #1
Jeśli ktoś się nudzi, proszę. UWAGA! Dłuuugi tekst
- Co się z nim dzieje Markusie?
- Nic, czego nie można było się spodziewać Henry. Jestem całkowicie przygotowany na najgorsze. Jego głód jest nienasycony, a siła wciąż rośnie. Możemy go spisać na straty, cokolwiek powinno się zmienić już dawno temu. Choć to, co się z nim dzieje nie jest tym, co chciałbym widzieć. Tym bardziej, o czym chciałbym wiedzieć.
- Miejmy nadzieję, że Beatrice miała powód by go zmienić i zrobiła to celowo. Nie chciałbym by jej ostatnia wola przeistoczyła się w Świnię, na którą będziemy polować.
- Szybka kasa nigdy nie jest zła Lordzie. – Mężczyzna próbował wpoić w słowa jak najwięcej ironii.
- Pieniądze Markusie nie są wszystkim. – Starszy jegomość o czarnych włosach przyprószonych siwizną spojrzał na rosłego trzydziestolatka – Czemu rozmasowujesz sobie przedramię? Czy ten ślad to zęby mój drogi?
- Tak. – Kości policzkowe Markusa uwydatniły się, gdy ten ściągnął policzki. Spojrzał na ranę widoczną pod podwiniętym rękawem koszuli. – Kiedy otworzyłem klatkę stała się dziwna rzecz. Rana trochę nadal swędzi.
- Markusie o ile nie myli mnie pamięć, a to zdarza się jej bardzo rzadko, ty mój drogi przyjacielu słowo „dziwne” wykreśliłeś ze swego słownika jakieś dwieście lat temu. Teraz przychodzisz do mnie i mówisz mi, że gdy sprawdzałeś klatkę z dopiero zamieniającym się człowiekiem doszło do czegoś, co nazywasz „dziwnym”?
- Lordzie, ile widzieliśmy przemian stojąc ramię w ramię? Dziesiątki? Może nawet setki?
- Tak, faktycznie. – Rozmówca Markusa przez parę chwil ważył słowa. - Spodziewam się, że w kwestiach przemian jesteśmy jednym z najbardziej doświadczonych zespołów. Lecz, co to zmienia?
Lord Henry wstał ze skórzanego fotela stojącego nieopodal kominka, w którym płomienie skwierczeniem wygrywały ciepłą melodię. Dostojnym krokiem podszedł do globusa i uniósł półkule północną. Z wnętrza planety wyjął butelkę, o której wieku świadczył fakt naturalnego rozkładu etykiety. Odkorkował ją, wyciągnął szklankę i zamarł w tej pozycji przygotowany na piorunujące wieści.
- Lordzie, powiedz mi szczerze, kiedy ostatni raz podczas zmiany, która nie dobiegła końca miałeś okazję porozmawiać, z którymś z tych biedaków? Kiedy po raz ostatni byłeś pewny, że jedna z tych bestii jest w pełni świadoma?
Postać jego lordowskiej mości przez parę chwil pozostawała w bezruchu. Powietrze w pokoju zgęstniało, a cisza przybrała na wadze. Lekko drżącą ręką wypełnił do połowy szklankę płynem bursztynowego koloru.
- Co masz na myśli – Lord mówił nie odwracając wzroku od butelki trzymanej w dłoni – mówiąc o pełni świadomości? One potrafią bełkotać, to się zdarzało.
Markus podszedł bliżej regału ustawionego na jego końcu gabinetu Lorda. Z rezygnacją wypisaną na swej srogiej twarzy spojrzał na grzbiety lekko zakurzonych książek.
- Lordzie, ja na prawdę nie chcę się sprzeczać czy wymądrzać, ale ty dokładnie wiesz, o czym tu rozmawiamy.
- Ja również nie mam zamiaru dążyć do jakiejkolwiek waśni. – Lord ruszył w stronę swego rozmówcy niosąc szklankę dla gościa. – Po prostu powiedz mi, co określasz zacnym mianem pełnej świadomości?
- Dziękuję, nie nalejesz sobie?
- Moja stoi na stoliku przy fotelu. Mów Markusie, mów!
- Proszę cię tylko o jedno.
- Tak?
- Nie krytykuj niczego, co powiem, dobrze?
- Oczywiście.
Lord rzucił szybką odpowiedź ciekawy opowieści swego druha. Podszedł do fotela by ująć w dłoń szklankę z whisky.
- Wszedłem do klatki.
- Markusie!
- Lordzie do jasnej cholery, złamanie słowa zajęło ci mniej niż osuszenie szczura z sanguine!
- Przestań! – Lord był wyraźnie oburzony. - Nie zniżyłbym się do wypicia szczura! Jednak dobrze, przepraszam. – Ton wrócił do poprzedniej formy. - Miałem nie krytykować tego, co powiesz, lecz chcę zaznaczyć…
- …że wejście do klatki to ogromny błąd. – Markus bez wysiłku i z nieukrywanym znużeniem dokończył zdanie kompana. – Wiem Lordzie, całą naszą wiedzę na temat traktowania przemienianych zdobywaliśmy razem. Całkowicie rozumiem jak zajadłe bestie zamykamy w klatkach by przy odrobinie szczęścia wypuścić z nich jednego z nas!
Lord uśmiechnął się delikatnie. Spojrzenie jego grafitowych oczu spoczęło na tańczących w kominku płomieniach. Upił delikatny łyk trunku ze szklanki.
- Nie nazwałbym tego odrobiną Markusie. – Uśmiech na jego twarzy zastąpił wyraz głębokiej zadumy.
- Znasz mnie Lordzie, wybacz, bagatelizuję wszystko. Łącznie z własnym życiem. Jednak przejdźmy do sedna. Dwie doby temu popełniłem błąd wejścia do klatki…

**********************************************************************************

Labirynt korytarzy ciągnących się głęboko pod ziemią wypełniały odgłosy kroków. Mimo, iż panowała tu całkowita ciemność Markus pokonywał kolejne metry bez żadnych kłopotów. Znał rozkład katakumb lepiej niż wierzch własnej dłoni. Znajdował się w połowie drogi do inkubatora. Mijając sale treningowe myślał o obrzydzeniu, jakie wzbudza w nim miejsce, do którego zmierza. Pomieszczenie długości piętnastu metrów, szerokie na pięć, wysokie na dwa i pół. Ściany przytłaczały szarością betonu, a plamy krwi, których nie dało się zmyć przypominały o tych, którzy po wyjściu z klatki zakończyli tam swój żywot. W zasadzie te parę chwil, które im zostały. Całość agonii wpisanej w to pomieszczenie dopełniały przeróżne rodzaje oręży stojące przy, bądź wiszące na ścianach. Młoty, miecze, topory ułatwiające zmagania z bestiami, które nadają się jedynie do unicestwienia. Przedmioty, którymi składa się ostatni hołd dla istoty, ginącej w walce, zarzynanej z honorem.
- Kto wymyślił te brednie o hołdzie?
- Czy pan coś mówił Markusie?
- Nie – melodyjny głos wyrwał mężczyznę z zadumy - nie ważne. Głośno myślałem. Idąc tu, odpłynąłem w świat przemyśleń, do tego stopnia, że nawet nie zwróciłem na ciebie uwagi Samanto. Gdzie Eleonora?
W przeciwieństwie do reszty korytarza tuż przed inkubatorem jak i w całej jego przestrzeni rozpalone były pochodnie. Żaden z rezydujących w pobliżu nie miał przywileju widzenia w ciemnościach. Markus wpatrywał się w słodziutką, piękną blondynkę o szmaragdowych oczach. Delikatny uśmiech na owalnej twarzy o idealnej cerze był przyczyną westchnień niezliczonej ilości mężczyzn i kobiet. Długi do pasa, mocno zapleciony warkocz, jedwabna koszula w kolorze czerwieni z podwiniętymi rękawami, obcisłe spodnie jeansowe i baletki dopasowane kolorystycznie. Jak bardzo pozory mogą mylić, myśląc o dziewczynie postury Samanty, przy nim wyglądała jak przedszkolak, lecz w końcu miała miano strażniczki.
- Eleonora poszła chwilę odpocząć i się odprężyć. Wracając ma też zahaczyć o kuchnie i przynieść coś na ząb.
- Ciężko się tu wam siedzi Samanto? Mogę nakazać zmianę warty.
Dziewczyna opuściła wzrok, jej twarz posmutniała by za chwilę wyrazić obrzydzenie, jakie czuje do tego miejsca. Lecz wbrew temu słowa były stanowcze.
- Nie panie Markusie. To nie będzie konieczne. W końcu jesteśmy tu tylko by się uczyć. Strażnicy stoją przy drzwiach. On już od wielu godzin nie skomle, nie krzyczy, nie wali w stal i nie drapie. To ciężkie przeżycie i nawet Fushigi i Futago brali już pochodnie w dłonie i odchodzili by się wyciszyć, ale dajemy radę. Choć powiem szczerze, że co do ich zachowania to jestem zdziwiona.
- Czemu? – Markus zajrzał do wnętrza sali, a Samanta mówiła ściszając głos.
- Wie pan, po prostu zdawało mi się, że ta dwójka jest całkowicie pozbawiona ludzkich uczuć.
Markus ponownie spojrzał na dziewczynę. Podrapał się po zarośniętym policzku i delikatnie rozchylił usta by zaznaczyć, iż zastanawia się nad wypowiedzią.
- Samanto – zaczął bardzo stanowczym tonem – wiesz, jakie jest moje podejście do określania książki po okładce, prawda?
- Tak panie Markusie – twarz dziewczyny wyraźnie przybrała oficjalny wyraz pozbawiony jakichkolwiek emocji – jestem dumna z tego, że mogę kroczyć ścieżką przez życie przy pańskim boku. Pańskie słowa są dla mnie równie ważne, co krew w czasie zagrożenia, przepraszam panie Markusie!
- Nie przepraszaj mnie Samanto, lecz zmień swoje nastawienie. Ty i Eleonora jesteście moimi przybocznymi od prawie dwustu lat. Każdego poranka to ja jestem dumny z posiadania tak wspaniałej straży przybocznej. Szanuje każdy dzień spędzony z wami, ufam wam bezgranicznie i oddam za was życie, bo traktuje was jak swoje córki. To właśnie prawie dwieście lat zaufania, wspólnej nauki, walki ukształtowały to jak was postrzegam. Fushigi i Futago to rodzeństwo, które jest przykładem wspaniałej troski o osobę, na której naprawdę nam zależy. Mają jedynie siebie i będą się bronić za wszelką cenę. Również cenę życia, poświęcą się dla siebie. Decyzja o śmierci jednego zapadnie w mniej niż ułamek sekundy by drugie z nich mogło nadal się rozwijać. Jednak tu chciałbym ci zaznaczyć Samanto, że próba zaatakowania, któregokolwiek z nich przez kogoś twego pokroju to samobójstwo.
- Wiem o tym panie Markusie. Mam przyjemność ćwiczyć swoje umiejętności szermiercze z panem Futago.
Markus uśmiechną się prawie niezauważalnie.
- Więc nie muszę ci przypominać moja droga, że szanowny Futago dzierży swoją katanę w dłoni już przez połowę millenium?
- Nie panie Markusie, doskonale zdaję sobie z tego sprawę.
- W takim razie mój Szmaragd chce zakwestionować zdolności pani Fushigi?
- Nigdy w życiu!
W oczach Samanty pojawiło się przerażenie, wiedziała, iż głos Markusa z łatwością został usłyszany przez strażniczkę znajdującą się przy drzwiach klatki umieszczonej na przeciwległej ścianie inkubatora.
- Boisz się jej?
- Tak panie – dziewczyna mówiła drżącym głosem – jednak jestem również pełna szacunku i podziwu dla jej mentalnych zdolności. Ta dwójka to prawdziwy skarb.
- Ty Samanto jesteś szmaragdem mojej straży, Fushigi to diament straży przybocznej Lorda. Od ponad czterystu lat te rodzeństwo broni go, gdy tylko tego potrzebuje. Od ponad czterystu lat są w naszych kręgach, zdobyli sobie zaufanie. Swoimi heroicznymi czynami zawłaszczyli sobie szacunek i przez resztę swoich dni będę wskazywać ich, jako przykład postawy. W tym wszystkim jest jeszcze jedna rzecz. Uwierz mi lub nie Samanto, ale jestem przekonany, o tym jak ubolewają nad śmiercią naszej Beatrice. Oni ją uwielbiali bardziej niż my wszyscy. Teraz pilnują tego, co po sobie zostawiła. Za tymi ogromnymi, stalowymi drzwiami jest resztka jej krwi w postaci rozszalałej bestii. W dodatku – głos mężczyzny wydał się odrobinę słabszy - moje doświadczenie w obserwacji i przeprowadzaniu przemian mówi mi, że jest nikła szansa na to, iż bestia będzie jednym z nas.
Samanta spojrzała w oczy Markusa, gdy po ostatnich słowach zamilkł na dłuższą chwilę. Cicho pociągnęła nosem, a łza zrosiła dotąd niewzruszone policzki.
- Panie Markusie czy nie da się czegoś zrobić by, choć ta cząstka, która po niej została była wśród nas?
Pojedyncza łza zamieniła się szybko w regularny szloch.
- Ja również bym tego pragnął Samanto – wziął głęboki oddech - jednak to jest przemiana. Mogę stworzyć warunki, w których minimum emocji z zewnątrz wpływa na psychikę. Postarać się ze wszystkich sił o zminimalizowanie możliwości samobójstwa. – Oparł ręce na biodrach. - Nawet, jeśli muszę go uwięzić. Na cały jej okres postawić najlepszych z możliwych strażników i osobiście pilnować każdej jej godziny. Wszystko dla jego dobra. Jednak tu kończą się moje możliwości. – Markus kręcił głową szukając odpowiedniego określenia. - Reszta zależy od materiału, który został poddany przemianie. Ten, nie wiem dlaczego, wydaje się wyjątkowo mizerny. Lecz został wybrany przez Beatrice. Nie rozumiem tego.
Samanta wyjęła z kieszeni spodni jedwabną chusteczkę i przetarła oczy. Dłońmi ściągnęła pozostałości po stróżkach łez.
- Rozumiem panie Markusie. Jednak chciałabym – przerwa w mowie sprawiła, że do głosu dziewczyny powróciła normalna siła – wierzę w to, że on będzie jednym z nas!
- Widzę, że już czujesz się lepiej. Cóż każdy może mieć chwilę słabości. Szczególnie po stracie tak ważnej dla nas osoby. Warto jest czasem wypłakać swój smutek Samanto.
- Panie Markusie, proszę nic nie mówić dla Eleonory. Znów będzie się ze mnie śmiać, że jestem mazgajowata.
Korytarz wypełnił śmiech potężnie zbudowanego mężczyzny.
- Po tylu latach nadal się o to martwisz? – Markus mówił w przerwach śmiechu. Poliki Samanty spłynęły ledwie dostrzegalną czerwienią.
- Kobieta jest kobietą i nie ważne czy to człowiek, wampir czy demon. – Twarz dziewczyny na nowo rozświetlił blask jej urody. – Można by powiedzieć, że te trzy określenia to jedynie synonimy słowa kobieta.
- Jak zawsze musisz bronić swojej kobiecości, prawda?
- Oczywiście panie Markusie. – Zdanie poparł szeroki uśmiech.
-Samanto weź przykład z Eleonory i zrób sobie przerwę. Wróćcie obie za pół godziny.
Dziewczyna posłusznie wzięła do ręki pochodnię i raźnym krokiem ruszyła w mrok korytarza. Markus patrzył za nią póki nie znikła za najbliższym zakrętem.
- Samanto – mówił w powietrze – ja również chcę by choć część Beatrice do nas wróciła. Jednak są tu wampiry myślące całkowicie odmiennie.
Markus rozmyślał jeszcze chwilę, potem odwrócił się na pięcie i przeszedł przez otwór w ścianie u szczytu sklepiony łukowo, stanowiący wejście do wnętrza sali. Przechodził kolejne metry nie rozglądając się. Swój wzrok utkwił w drzwiach, przy bokach których, stało rodzeństwo, o którym przed chwilą rozmawiał z Samantą.
-Fushigi, Futago witajcie. – Przywitał się robiąc przy tym delikatny ukłon. Rodzeństwo odwzajemniło przywitanie wykonując wszelkie czynności dokładnie w tym samym momencie. – Co z naszą bestią?
Futago spojrzał na siostrę i skiną głową by to ona zabrała głos. Nigdy nie należał do rozmownych.
Fushigi, wampirzyca o śnieżnobiałej cerze i włosach tego samego koloru. Drobnych, długich, delikatnych. Lekkich ja puch. Przy każdym, nawet najdrobniejszym ruchu głowy zrywających się by stworzyć aurę podążającą za swoją panią. Aparycja dwudziesto kilku letniej japonki, o pełnych kształtach ubranej w białe kimono upiększone wzorem zakwitniętych gałązek wiśniowych. Strażniczka stalowych drzwi klatki wyglądała jak wyrwana z innego miejsca. Bardzo strasznego miejsca. W którym to ona była złym charakterem. Ciężar jej spojrzenia sięgającego głęboko w świadomość dosięgał każdego. Prawe oko lśniło błękitem, a w jego kącikach wydawała się zbierać subtelna mgiełka energii. Wpatrywało się w każdego z całkowitym brakiem emocji. Lewe robiło wrażenie wiecznie nieruchomego, oprócz czarnej obwódki źrenicy i tęczówki na twardówce brakowało innego koloru. Świdrowało wnętrze rozmówcy pustką, brakiem życia. Wampirzyca delikatnie rozchyliła usta zabarwione na krwisty kolor i w delikatnym uśmiechu ukazała wiecznie wydłużone kły. Jej delikatny głos utulał nieświadomych słuchaczy, którzy stawali się łatwymi ofiarami.
- Wciąż czuję jego serce, panie. Jednak coś się zmieniło.
- Co takiego Fushigi?
- Jego wewnętrzna energia osiągnęła stan absolutnego spokoju. To nienaturalne, byłam przy wielu przemianach. Gdy Futago patrzył przez wizjer mówił, że ciało nadal cierpi katusze. Jego krew wciąż zawiera mnóstwo jadu. Czy rozumie pan, do czego dążę?
- Tak – Markus wyglądał na zaskoczonego – to się stało przed tym jak się uspokoił?
- Dokładnie na dziesięć minut przed, panie. – Wampirzyca kontynuowała spoglądając na drzwi. – By być pewnym, że się nie wydostanie koncentrowałam się na nim z całych sił, ale on wyrywał się po paru minutach. Za każdym razem. Dla pewności, pod kątem fizycznym, Futago przyniósł i założył specjalne sztaby.
- Z tego co widzę są wzmocnione za pomocą jakiegoś rodzaju magii?
- Te znaki tworzą barierę energetyczną w miejscu, w którym zostaną napisane. To ochronna forma magii powietrza. Stworzone zostały przez Sahera.
- Jeśli to jego dzieło to magia została naniesiona na stal precyzyjnie.
- Naturalnie panie, mimo to bestia zdołała odbić na drzwiach swoje pięści. Jednak to już pięciokrotnie zdołało przykuć pańską uwagę, panie Markusie.
- Fushigi, proszę cię, nie przypominaj mi, że twoje lewe oko zbiera wszelkie informacje o zachowaniu twego rozmówcy.
- To tylko jedna z jego mało znaczących funkcji, panie. Lecz uwarunkuję się do pańskiej prośby.
- Dziękuję. Przestał się drzeć, przestał wyżywać się fizycznie, jego energia osiągnęła stan absolutnego spokoju. Przemiana wciąż trwa i nic nie wskazuje na to by zakończyła się szybciej, tak?
- Dokładnie panie Markusie. Oprócz tego, jest coś jeszcze.
Markus podszedł powoli do drzwi. Wyciągnął dłoń i przyłożył ją do stali. Energia zawarta w znakach napisanych na sztabach momentalnie opłynęła jego dłoń. Saher jak zwykle spisał się na medal. Opuszki palców mężczyzny badały wypukłości pozostawione przez pięści bestii zamkniętej za drzwiami.
- Co takiego może mnie jeszcze zaskoczyć Fushigi?
- On – kobieta zamarła na chwilę jakby sama nie mogła uwierzyć w to, co chce powiedzieć - po prostu zasnął.
Markus odwrócił pełny niedowierzania wzrok w stronę Fushigi. Przez całe swoje życie i wszystkie przemiany, jakie widział nigdy nie słyszał o czymś takim jak śpiąca bestia. Ponownie spojrzał na drzwi i szybkim ruchem ręki odsunął zasuwę wizjera. Oszołomiony tym, co zobaczył odwrócił się w stronę rodzeństwa.
- Czy przez ostatnie dziesięć minut, które poświęciłem na rozmowę z Samantą którekolwiek z was zaglądało do bestii?
- Nie panie – wampirzyca odpowiedziała za obydwoje – czy będziemy zaskoczeni tym, co zobaczyłeś?
- Nie – powiedział Markus ironicznie – o ile w swoim życiu widziałaś już kiedyś bestię, która najprawdopodobniej medytuje, a przynajmniej próbuje przybrać pozę kwiatu lotosu.
- To niemożliwe panie! Bestie nie są świadome! One nie potrafią określić własnego ja.
- Nie najprawdopodobniej – obolały i zmęczony głos wydobywał się przez wizjer ciężkich drzwi – tylko medytował, a raczej robił co w jego mocy, póki nie przeszkodziliście mi swoją rozmową.
Słowa wypełniała rozpacz, zagubienie i strach. Markus odsunął się parę kroków, spojrzał na Fushigi z niedowierzaniem. Wampirzyca delikatnie kręciła głową negując zaistniałą sytuację. Prawa dłoń Markusa wylądowała na ramieniu Futago, który idąc za swym instynktem, powoli zaczął wyjmować katanę z pochwy. Prosty gest nakazał mu się uspokoić i schować broń.
- Dlaczego mi to robicie – barwa głosu była mieszanką błagania i stanu tuż przed obłąkaniem, słychać było płacz – dlaczego muszę tak cierpieć!
Z wnętrza klatki dobiegały dźwięki łańcuchów krępujących ręce. Markus podszedł do drzwi i zajrzał przez wizjer. Bestia z wielkim trudem zmieniała pozycję by móc dobrnąć do ściany. Każdy ruch zaznaczony był grymasem bólu na twarzy. Każdy oddech ociężale wydobywał się z płuc. Z otwartych ran, zerwanych paznokci, niezliczonej ilości otarć i zadrapań, obitych dłoni sączyła się krew przemieszana z ropą. Ciężko opadając bestia oparła swe plecy i przy maksymalnym wysiłku uniosła swoją głowę by wbić swój półmartwy wzrok w niewyraźną parę oczu majaczących się parę metrów od niej.
- Dlaczego muszę cierpieć?
- Jak udało ci się zasnąć? – Mimo formy pytania, sposób wypowiadania słów przez Markusa nabrał wydźwięk rozkazu.
-Dlaczego?
- Jak udało ci się zasnąć? – Słowa twardo wypływały cedzone przez zęby.
- Jak jesteś wykończony to odpoczywasz. – Głowa bestii opadła na ramię. – Ja czuję się wykończony i głos mi mówi, że mogę spać. Powinienem spać. Więc się położyłem i przyjemnie mi się śniło.
- Śniło? – Fushigi zadała pytanie samej sobie. – To niemożliwe, panie Markusie.
- Zdejmijcie sztaby.
- Dlaczego, panie? Przemiana się nie zakończyła! Pan nie chce chyba tam wejść!
- Tak! Wiem! Musimy zachować wszelkie środki ostrożności, a zwracając uwagę na jego siłę masz podstawy by obawiać się o bezpieczeństwo zgromadzonych w tym budynku. Czy muszę wam przypominać, że jestem jednym z dwóch wampirów, które spisały zasady postępowania z przemienianymi?
-Nie, panie.
- Zdejmijcie sztaby, na moją odpowiedzialność. Futago, po otwarciu drzwi przygotuj się do ewentualnej walki, Fushigi…
- Będę pana osłaniać. – Wampirzyca z szyderczym uśmiechem wyprzedziła słowa Markusa.
- Czasem się zastanawiam, po co w ogóle słuchasz rozkazów, skoro i tak znasz ich treść.
- Nie znam, ta prośba była po prostu wyjątkowo oczywista, panie Markusie.
Futago odstawił trzecią, ostatnią sztabę tuż przy drzwiach.
Markus powoli otworzył stalowe skrzydło. Odchodziło ciężko przytłaczane własnym ciężarem i wieloma miesiącami bezużyteczności. Bestia oparta w rogu klatki podniosła jedynie wzrok. Nie próbowała się bronić, tym bardziej atakować. Bezwarunkowe drgawki były jedynym świadectwem tego jak bardzo jest przerażona.
- Dlaczego próbowałeś medytować? – Markus starał się ukryć zaciekawienie, jednak uczucie było zbyt potężne. Przykucnął dwa metry przed bestią. – Skąd ci to przyszło do głowy?
- W mojej głowie – słowa były zacierane przez strach, blokowane przez łapczywy oddech człowieka u progu śmierci – głos, mówi mi, że mogę spać. Będzie dobrze, powinienem się skupić, będzie dobrze. Muszę spać.
Głowa raz po raz opadała bezwładnie. Ze wszystkich sił, które pozostały, złożony został jeden ruch. Bestia uniosła ją, utrzymała z wielkim wysiłkiem i załamującym się głosem rzekła:
- Już nigdy ich nie zobaczę? – Na polikach powstawały ścieżki, jakie łzy wymywały w zaschniętej mieszance brudu i krwi. – Nie zobaczę mamy, taty – płacz pogłębiał się z każdym słowem, narastały drgawki, płynęło coraz więcej łez – nie pobawię się z Muczą?
Markus nie wierzył w to, co słyszy. Spojrzał na Futago stojącego obok, który opuścił ostrze katany zmieszany sytuacją. Obracając głowę zatrzymał wzrok na Fushigi, której prawe oko przygasło z powodu dezorientacji, jaką w jej umysł wprowadzały słowa bestii.
- Kim jest Mucza? – Markus musiał się o tym przekonać. Czy to jest możliwe?
- Nie kim – głowa ponownie opadła na ramię – to nasz piesek. Suczka, wredna – na twarzy bestii wykwitł grymas, który w normalnej sytuacji byłby uśmiechem – znaleziona. Nigdy nie potrafiła szczekać. Przypominało to raczej krótkie próby muczenia, stąd imię Mucza.
Na ziemię obok bestii spadały łzy. Pociąganie nosem zastąpiło próby wdychania powietrza. W klatce panowała absolutna cisza. Markus z przerażeniem patrzył na obraz umierającego stwora. Jego głos stracił siłę, a oszołomienie zaczęło przemieniać się we współczucie.
- Jezu Chryste – w tej właśnie chwili dotarło do niego, w jakim stanie znajduje się materiał poddany przemianie – on czuje, on jest świadomy tego, co się z nim dzieje jeszcze podczas przemiany! On… on… tęskni.
- Panie Markusie, jeśli on odczuwa emocje, czuje również cały ból, jaki przynosi z sobą przemiana.
- Fushigi jesteś tego pewna?!
- Niestety tak, panie.
- Skrócić jego cierpienia panie – głos Futago był chropowaty niczym źle ociosana płyta nagrobkowa – wystarczy me jedno cięcie.
- Nie możemy, Futago! Zabilibyśmy go bezpodstawnie. Przemiana nie dobiegła końca, widzę to po kolorze jego skóry, po omamieniu jadem. Nie mam pojęcia, jakim cudem on odzyskał świadomość w takiej chwili. Co trzyma go przy życiu? Fushigi, jesteś w stanie jakoś mu pomóc?
- Próbowałam, ale jak już mówiłam wcześniej, on wyrywa się mojej woli, panie. W dodatku wydaje się być rozzłoszczony tymi próbami.
- Bestio, spójrz na mnie! – Markus ujął głowę materiału. – Widzisz mnie? Słyszysz?
- Sły…sz…
- Posłuchaj! Błagam cię nie próbuj uciekać, nie próbuj już się więcej wyrywać i nie pozwól sobie na to by owładną tobą szał. Ja nie chcę byś cierpiał! Na wszystkich świętych, błagam cię daj sobie odpocząć! Słyszysz, nie próbuj się wydostać.
- J jak… mmam przebić się, prze …ez te drzwi? Jak prz… przebić się przez trz… trzy metry beton.. nu …nu nad moją głową?
- Co? – Na twarz Markusa powrócił szok.
- Beti mówi, żebym spał – wyszeptała bestia – Beti…
- Co ty powiedziałeś? Kto? – Wampiry obecne w klatce osłupiały. Markus przysunął się i chwycił bestię za ramiona. – Nie teraz! Hej! Bestio! Czekaj, nie odlatuj teraz! Beti?! Jaka Beti? Chodzi ci o Beatrice? Hej, do cholery!
Markus potrząsał omdlałym ciałem bestii bez skutku, Krzyki wydawały się nie docierać, a on coraz bardziej gubił się w tym, co słyszał. Nic nie było tak jak powinno, nigdy nie widział takiej przemiany.
- Bestio, ty wstrętne bydle mów do mnie! – Słowa poparte zostały policzkiem, który rzucił bezwładne truchło na przeciwległą ścianę. Markus poderwał się na proste nogi i zwrócił ku swym towarzyszom. – Czy któreś z was może mi powiedzieć, o co tu chodzi? Byliście przy wielu przemianach, czy podczas którejś wydarzyło się cokolwiek podobnego?
Jednak żadne z towarzyszy nie zdążyło odpowiedzieć dla Markusa. Do jego uszu dobiegł głos, który jeszcze przed chwilą przesiąknięty był strachem, lecz teraz zamienił go w nienawiść:
- Dlaczego chcesz mnie skrzywdzić?
W miejscu gdzie leżeć powinno ciało kucała bestia. Wpatrywała się w Markusa wzrokiem całkowicie zdrowym, wypełnionym nienawiścią, zezwierzęceniem. Przenosiła spojrzenie na dwójkę pozostałych wampirów. Otworzyła paszczę ukazując rząd ostrych jak brzytwa kłów, z których strumieniem ściekała gęsta ślina.
- Zaczekaj – Markus delikatnie przeniósł wzrok na Futago, który przygotował się do ataku – nie chcę cię skrzywdzić! Po prostu chcę wiedzieć kim jest Beti, o której wspominałeś zasypiając! Tylko tyle, czy to Beatrice?!
Bestia spojrzała na swego rozmówcę podejrzliwym wzrokiem. Nozdrzami mocno wciągnęła powietrze. Po chwili z jej gardła wydobył się obrzydliwy skowyt.
- Jesteś jednym z nich! Jesteś człowiekiem z kłami! Tak jak tamci! Chcesz skrzywdzić Beti!
Bestia spięła mięśnie i w ułamku sekundy znalazła się przed Markusem. Kolejny ruch powalił ogromną postać na ziemię. Mężczyzna zachowawczo podciągną kolana broniąc się przed pełnym dosiadem. Trzymając za klapy marynarki bestia kłapała szczęką parę centymetrów od jego twarzy. Przed jednym z ostatnich uderzeń paszczy Markus zasłonił twarz przedramieniem by zęby zamiast w szyi zatopiły się w ręce. Futago ciął bestię czterokrotnie w plecy, by ta odczuła ból. Odwróciła wzrok od Markusa i wykrzykując coś niezrozumiałego ruszyła do ataku. Jej skok był precyzyjny, kierowany zwierzęcym instynktem. Jednak nie było jej dane go dokończyć. Na chwilę zawisła w bezruchu. Oszołomiona zaczęła się szamotać przytrzymywana w powietrzu. Wzrokiem pełnym gniewu patrzyła na Fushigi. Po wampirzycy, z każdą chwilą coraz bardziej, dało się poznać jak ciężko jest walczyć z energią rozszalałego stwora. Brakowało sekundy by opadła z sił, lecz bestią zajął się Markus. Zrywając się z ziemi i w pełnym pędzie wymierzając cios sprawiający, iż czaszka monstrum łomotnęła o grubą betonową ścianę z chrzęstem pękających kości. Ciało bestii osunęło się. Dyszała ciężko, znów zaczęła pełznąć ku narożnikowi klatki. Przy zaskoczeniu wszystkich zwinęła się w kłębek i zasnęła. Markus dłonią dał znak by jej nie dobijać.
- Umieraj w spokoju, bądź wolny, bądź szczęśliwy bracie.
Markus wraz z Fushigi i Futago pośpiesznie opuścili cele, zatrzasnęli drzwi i założyli sztaby. Mężczyzna wiedział, że podszedł za blisko. Ocenił ranę przedramienia. Najprawdopodobniej monstrum nie zdołało nawet napić się krwi. Choć skaleczenie było powierzchowne ręka mrowiła od kontaktu ze śliną potwora.
Bestia, spoczywała nieprzytomna przez kolejne cztery godziny. Po przebudzeniu ponownie rozszalała się do granic możliwości. Swoim rykiem psychicznie wykańczała strażników, uczniów nocą przyprawiała o koszmary. Markus nakazał zmniejszyć racje żywnościowe, a dla bezpieczeństwa poproszono Sahera by na sztaby naniósł dodatkowe pieczęci.
Markus wiedział, że powrót do tego stanu oznaczał tylko jedno – materiał na stałe przemienił się w Świnię. Choć przemiana jeszcze nie doszła do końca, on sam zaczął zabijać w sobie nadzieję na uzyskanie nowego członka klanu. Kazał dla Fushigi by informacja o stanie materiału najpierw dotarła do niego. Bo to on rozprawi się ze Świnią, która będzie wynikiem z tej przemiany.

**********************************************************************************

- Więc Lordzie – Markus kończył swą historię upijając ostatni łyk ze szklanki – tak to się przedstawia. Jeśli chcesz znać moje zdanie, to nie daję mu żadnych szans na stanie się wampirem. Uzębienie, które odbił na mojej ręce to kły Świni i obydwaj dobrze o tym wiemy.
Lord stał oparty o drewnianą obudowę kominka. Ciągle zapatrzony w ogień rozmyślał nad zasłyszanym ciągiem wydarzeń. Wydawał się wyjątkowo nieobecny, gdy nagle spokojnym głosem powiedział:
- Nigdy nie przytrafiło mi się coś takiego. – Po chwili dodał chłodniejszym tonem. - Dlaczego go uderzyłeś Markusie?
Mężczyzna opuścił wzrok i wbił go w dno pustej szklanki. Kręcił nią w palcach szukając jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia.
- Poniosły mnie emocje Lordzie, bestia wspominała o tym, że Beti każe jej się położyć spać. Mogło chodzić o Beatrice.
- Markusie, brakuje mi jej jak nam wszystkim. Jednak pozbawiłeś nas jedynego, potencjalnego źródła informacji, któremu lada moment odbierzesz życie w ostatniej walce. Może gdyby się wyspał, co ja mówię! Jakie może! Markusie! On podczas przemiany odzyskał samoświadomość! Mówił ci o piesku, którego znalazł na ulicy, on od razu pamiętał kim jest! Może bez imienia, ale z sercem wypełnionym tęsknotą do rodzinnego domu! Markusie!
- Lordzie, rozumiem to. Wiem, że to moja wina i biorę na siebie całą odpowiedzialność za popełniony przeze mnie czyn.
- Postąpiłeś wyjątkowo nierozważnie Markusie. Zatraciłeś się na moment…
- …który może mnie kosztować całe życie.
- Dokładnie Markusie, wiem, że znasz i rozumiesz tę maksymę.
- Jesteś człowiekiem z kłami? – Lord zamruczał pod nosem.
- Mówiłeś coś Lordzie?
- Nie, to nic takiego. Trudno, czas przemiany nadchodzi. Przygotuj swój oręż do walki.
- Dłonie skaleczyły, dłonie uleczą.
- To szlachetne z twojej strony. Szkoda jednak, że co do śmierci Beatrice będziemy musieli dochodzić przez okrężną…
Zdanie zostało przerwane delikatnym pukaniem, które Lord rozpoznał bezbłędnie.
- Fushigi, proszę wejdź.
Wampirzyca stanęła w progu, jak zwykle z pełną gracją ubrana w czarne kimono okrywające całą jej sylwetkę.
- Bądźcie pozdrowieni Ojcowie.
- Witaj, mój klejnocie. – Lord stwierdził z lekkim smutkiem w głosie. Wiedział, że Fushigi przybyła by przekazać wieści o końcu przemiany.
- Witaj Fushigi. – Markus wziął głęboki wdech i na chwilę znów utkwił wzrok w dnie szklanki. – Słuchamy.
- Przemiana bestii dobiegła końca. – Cisza przybrała swoją najbardziej nieznośną tonację. – Chciałam się zapytać, do którego oddziału należeć będzie nowy członek naszego klanu.
Po gabinecie rozszedł się dźwięk tłuczonego szkła. Markus i Lord spoglądali to na siebie to na wampirzyce.
- Fushigi, jeśli żartujesz…
- Panie Markusie, ja nigdy nie żartuję w takich sprawach. Chcę zacząć procedurę wcielenia już teraz. Lordzie, nowy członek czeka na twoje potwierdzenie, co do zakończenia procesu przemiany.
Wampirzyca nie czekając na pozwolenie ukłoniła się i wyszła z gabinetu zamykając za sobą drzwi. Markus nie był w stanie wydusić z siebie nawet słowa. Stał z otwartymi ustami i czekał na to, co powie Lord.
- Miłe zaskoczenie, nie sądzisz Markusie. Za szklankę jesteś mi winny. Chodźmy, muszę potwierdzić przemianę naszego nowego członka. Ekscytujące, zaiste. – Lord wydawał się być uszczęśliwiony. – Markusie, czy jesteś ze mną?
- Tak Lordzie – słowa padły, lecz mówca był nieobecny – co teraz?
- Markusie, nikt tu z martwych nie wstał, więc zbierz się z łaski swojej do kupy. Co teraz? Idę potwierdzić jego przemianę, następnie przydzielę go do korpusu, którym dowodzi Weronika i chłopak zaczyna naukę bycia wampirem. Radujmy się, być może pomoże rozwikłać nam zagadkę śmierci Beatrice, nie straciliśmy wszystkiego!
- Jak to do korpusu Weroniki?! Przecież to córka Beatrice! – Głos Markusa wyraźnie był podwyższony. - Ona pierwsza chciała go zabić, gdy tylko przybyliśmy z jego ciałem. Najgłośniej i najotwarciej mówi o tym, że resztka Beatrice powinna spocząć w pokoju. Ona go nienawidzi najbardziej z nas wszystkich!
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. – Lord zachowywał stoicki spokój. - Rozmawiała ze mną o tym już dwukrotnie. Jednak to jedyny korpus, w którym na ten moment brakuje członka. To chyba logiczne. Weronika przejęła dowodzenie, więc brakuje jej kogoś ze straży przybocznej.
- W dodatku chcesz zwykłe świeże mięso wtrącić do straży przybocznej kogoś, kto ma rangę kapłana tak? – Markus przeczesał palcami niezbyt długie, kasztanowe włosy. – Jesteś wariatem. Pojebało cię już do końca Henry wiesz!
Lord podszedł do swego rozmówcy, stanął przy nim. Uniósł wzrok by spojrzeć w oczy o głowę wyższego od siebie mężczyzny. Postura Markusa wyglądającego jak wielki byk stojący pionowo budziła grozę u wszystkich, którzy stawali mu na drodze. No, może z drobnymi wyjątkami:
- Czy generał drugiego korpusu, oddziału strzelców, Markus de Pared, niższy kapłan, pierwszy po głównodowodzącym naszymi siłami, czyli moją skromną osobą, a na końcu również mój wielowiekowy przyjaciel chciałby podważyć moją decyzję?
- Jako generał – mężczyzna zrobił przerwę i wypuścił z płuc powietrze – oraz, z całym szacunkiem dla wszystkich pierdół jakie miałbym tu wypowiedzieć, rozumiem decyzję głównodowodzącego, Lordzie. Jako Markus de Pared, twój wielowiekowy przyjaciel chciałbym zwrócić ci uwagę na fakt, że jesteś psychicznie chory. Nie ukarzę nikogo za brak subordynacji związany z wcieleniem nowego członka naszej małej społeczności do korpusu Weroniki.
- Rozumiem twą decyzję Markusie i ją szanuję. – Lord odwrócił się i zaczął kierować swe kroki w stronę drzwi. – Uprzedź ich zatem, że kary wymierzać będzie głównodowodzący.
- No to mają przesrane. – Markus powiedział do siebie. Pokręcił głową. - Od czego chcesz zacząć jego naukę?
- Od tego, co powinien wiedzieć na początku, czyli jak niewiele wampiry różnią się od ludzi.
- Przecież tym zazwyczaj ją kończymy?!
- Nie w jego przypadku Markusie, nie w jego przypadku. Sprzątnij szkło, nie zapomnij by odkupić mi szklankę i chodźmy wreszcie. Na co jeszcze czekamy! To ekscytujące, nowy członek! Pierwszy od ponad wieku! Wspaniale! Przy okazji naszej rozmowy – Lord rzucił przez ramię znikając w drzwiach – popraw swoją rangę kapłańską. To źle wygląda.
Markus stał jeszcze przez chwilę zaskoczony i oszołomiony ostatnimi słowami.
- Co go do cholery obchodzi moja ranga kapłańska? Teraz to popraw! Jak trzeba kogoś w mordę walić to „Markusie czy byś mógł”! Czekaj Henry! – Krzyknął, by po chwili się skarcić. – Cholera! Czy mógłbyś na mnie zaczekać Lordzie!
Lord przystaną na korytarzu patrząc jak góra mięśni zwana Markusem de Pared zmierza w jego stronę. Patrząc na niego rozmyślał:
„Mój główny generał daje się ponieść emocjom, po ośmiuset latach spędzonych razem zapomina o oficjalnych zwrotach. Najlepszego z generałów uznano za martwą, po tym jak znaleziono zwłoki człowieka, w których płynęła jej krew. Lecz tę zagadkę trzeba jeszcze rozwikłać. Chłopak, który parę godzin temu był może nie najdzikszą z przemian, jakie przeżyliśmy, ale na pewno najdziwniejszą właśnie ma wstąpić w nasze szeregi. Jedyny korpus, do którego oficjalnie i prawnie mogę go przydzielić to ten pod dowództwem Weroniki, córki zmarłej. Pod tym względem Markus ma rację – ona chce zabić tego chłopaka. Eh, zaiste, będzie ciekawie…”
- O czym tak rozmyślasz Lordzie? – Powiedział Markus zrównując się ramieniem ze swym kompanem.
- Co dziś na obiad, przyjacielu. – Ruszyli powoli.
- Jest trzeci czwartek miesiąca, co oznacza, że dziś wątróbka. Dobrze o tym wiesz.
- Ojej…
-Co się stało?
- Przecież nie przywitamy tego biednego chłopaka po przemianie wątróbką!
- Henry, ile ty masz lat? To ty nie chcesz wątróbki! Ona jest w porządku, kucharze świetnie ją przygotowują!
- Nie jest i nie ważne ile mam lat. Nigdy nie polubię wątróbki, jest obrzydliwa.

**********************************************************************************

W klatce umieszczonej w katakumbach, jeszcze za zamkniętymi drzwiami, oparta o ścianę siedziała zagubiona postać. Cicho mamrotała pod nosem:
- Boję się, czemu to ja?
W jej głowie odzywał się cichutki głos, był ciepły i kojący. Miał barwę, która wieści o nadchodzącej zagładzie zamienia w radosną wiadomość:
- Spokojnie mój drogi, wszystko będzie dobrze. Jesteś silny. Bądź pilnym uczniem. Pomogę ci – głos cichł z wolna – jestem przy tobie…
- Dobrze… Beti…




P.S Jeśli znajdziecie błąd to napiszcie. Kopiowanie zabronione. ^^
Nie jestem ideałem, znalazłem ciekawsze rozwiązanie - jestem sobą.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-05-2013, 14:20 {2} przez Olimpia.)
12-05-2013, 12:11
Znajdź Posty Reply
Kynokefalos Offline
Wtajemniczony

Liczba postów: 80
Dołączył: Apr 2013
Reputacja: 3
Podziękowania: -1
Podziękowano 0 razy w 0 postach
Post: #2
RE: Jeśli ktoś się nudzi, proszę. UWAGA! Dłuuugi tekst .
Jeśli ktoś chce, to tematyka jest historia zaginięcia pewnej bardzo cenionej osoby i tego co po sobie zostawiła jako swoją tak zwaną ostatnią wolę.

Wampiry, magia, etc.
Nie jestem ideałem, znalazłem ciekawsze rozwiązanie - jestem sobą.
12-05-2013, 13:05
Znajdź Posty Reply
~LordAnayami
Niezarejestrowany

 
Podziękowania:
Podziękowano razy w postach
Post: #3
RE: Jeśli ktoś się nudzi, proszę. UWAGA! Dłuuugi tekst .
Czyli to twój tekst, nawet ciekawe, błędów nie widziałem :D
12-05-2013, 13:52
Reply
Quanti Offline
Starszy użytkownik

Liczba postów: 65
Dołączył: May 2013
Reputacja: 0
Podziękowania: -1
Podziękowano 2 razy w 2 postach
Post: #4
RE: Jeśli ktoś się nudzi, proszę. UWAGA! Dłuuugi tekst
Pisz dalej. Już prawie dwa miesiące minęły, a tu dalszej części ani widu, ani słychu. Uśmiech
Wszystko należy upraszczać jak tylko można, ale nie bardziej.
05-07-2013, 18:02
Znajdź Posty Reply
Kynokefalos Offline
Wtajemniczony

Liczba postów: 80
Dołączył: Apr 2013
Reputacja: 3
Podziękowania: -1
Podziękowano 0 razy w 0 postach
Post: #5
RE: Jeśli ktoś się nudzi, proszę. UWAGA! Dłuuugi tekst
Lekcja Organizacyjna

Lord, stojąc w progu inkubatora, nakazał otwarcie drzwi klatki. Strażnicy oraz dwie przyboczne Markusa natychmiast wykonali polecenie. Najbliższe pochodnie zostały wniesione do wnętrza celi i włożone do specjalnych wydrążeń w ścianach. Lord zajrzał do pomieszczenia. Na samym środku podłogi spoczywało ciało. Było w opłakanym stanie, a jedyną, na pierwszy rzut oka, dobrą informacją, był miarowy ruch klatki piersiowej.
- Przynajmniej oddycha sam. – Wtrąciła Eleonora.
Lord powoli odwrócił głowę, nie starając się nawet odnaleźć wzrokiem osoby, która wypowiedziała to zdanie.
- Przepraszam, Lordzie.
Dziewczyna odruchowo schowała się za swego dowódcę, który patrząc w sufit myślał o pogawędce na temat dyscypliny jego strażniczek.
- Fushigi – Jego Lordowska mość wystawił prawą dłoń, w której wylądowała para białych rękawiczek – Dziękuję.
Naciągnął je na spiczaste palce, wygładził i podszedł do nowego, prawie martwego członka swego klanu. Tuż za nim stał Futago. Poruszał się krok w krok za swoim dowódcą. Dłoń wampira mocno obejmowała rękojeść katany przytwierdzonej do szerokiego, szarego pasa. Fushigi trzymała się bardziej z tyłu. Jej dłonie, układające się w yoni, wisiały na wysokości klatki piersiowej.
Lord przykucnął miękko. Przekręcił delikatnie głowę i rozbawionym głosem stwierdził:
- Uwielbiam tę chwilę ekscytacji! Podzielasz moje zdanie, Markusie?
Odpowiedzią na pytanie było przytłumione chrząknięcie generała drugiego korpusu. Głównodowodzący obrócił ciało by zamiast na boku, leżało na plecach. Dłońmi badał napięcie mięśni, obejrzał dziąsła i zęby. Z kieszeni marynarki wyciągnął małą latarkę. Rozszerzył powieki, by sprawdzić źrenice. Delikatnym ruchem palca nakazał Samancie i Eleonorze, by usadowiły nieprzytomny przedmiot badań pod ścianą. Henry uśmiechnął się znacząco do Markusa. Ten w odpowiedzi kiwnął mu głową. Przyboczne z drugiego korpusu po chwili podeszły trzymając w dłoniach pochodnie, by dokładniej oświetlać nieprzytomnego. Lord zbliżył się i ocenił kolor skóry, choć nie było to łatwe z powodu zaschniętego brudu. Ściskając z wyczuciem kolejne partie ciała, zaczynając od nóg, a kończąc na szyi próbował rozpoznać zmiany w układzie kostnym, znaleźć ewentualne złamania. Po paru kolejnych chwilach szarpnął ciałem za resztki ubrania jakie zwisały z ramion i okolic bioder.
- Samanto. – Z nieukrywaną radością spojrzał na podopieczną Markusa. – Czy byłaś już przy zniewoleniu?
- Nie, Lordzie. Nie miałam dotąd tego zaszczytu. - Blondynka odpowiedziała natychmiast.
- Podejdź więc do mnie. – Dziewczyna posłusznie wykonała polecenia, pochodnię przejął jej dowódca. – Uklęknij i ułóż głowę tego zmaltretowanego chłopaka na swoich udach.
Samanta wykonała rozkaz. Jej palce wyczuły na przytrzymywanej szyi rytm bicia serca. Był bardzo słaby, jednak miarowy. Powoli jedna z jej dłoni wylądowała na czole nieprzytomnego, a druga naciskając na brodę, nieznacznie rozwarła jego zaschnięte usta.
- Pamiętaj, że nigdy nie chcesz odebrać nowemu członkowi klanu wolności na zawsze. - Lord mówił spokojnym tonem podwijając białą rękawiczkę. Z prawej kieszeni marynarki wyjął długi, cienko zakończony szpikulec. – Jedna kropla wystarczy w zupełności.
- Zapamiętam, Lordzie. - Dziewczyna mówiła przyglądając się twarzy nieprzytomnego.
Lordowska mość zagłębił szpikulec u podstawy swego kciuka. Poczekał aż z drobnej rany wysączy się odrobina czerwonej cieczy. Sprawnym ruchem zebrał ją na sam koniec szpicy, po czym umieścił ją tuż nad ustami chłopaka. Kropla spadła po ułamku sekundy. Trafiając prosto do gardła wywołała gwałtowne uniesienie klatki piersiowej. Ciało wygięło się w łuk. Samantę, próbującą się zerwać uspokoiła dłoń Lorda lądująca na jej ramieniu. Dziewczyna obróciła zakłopotaną twarz w stronę swego dowódcy. Ten gestem nakazał się jej uspokoić.
- Jeszcze przez chwilę przytrzymuj mu głowę, Samanto. – Lord wyszeptał słowa pozbawione emocji.
Wampirzyca przełknęła ślinę i wypuszczając z płuc ciężki niczym ołów oddech, ułożyła dłonie w poprzedniej pozycji. W świetle przygasających pochodni zgromadzeni czekali z zapartym tchem na ostateczny osąd Lorda. Czas wydawał się stać w miejscu. Nagle ciało chłopaka powróciło do poprzedniego, całkowicie bezwładnego stanu.
- Dobrze. – Lord Henry mówił spokojnie – Bardzo dobrze, Samanto. Przy pierwszym razie każdy może się przestraszyć. Cóż, trzeba go umyć i czekamy do jego przebudzenia. Szmaragdzie generała Markusa, kąpiel i sprawowanie warty przy jego łóżku to twoje zadanie. Nie zapomnij go przywiązać, dla swego bezpieczeństwa.
- Ale Lordzie! – Dziewczyna krzyknęła mimochodem.
- Samanto, uważaj na swój ton! – Generał drugiego oddziału natychmiast upomniał swą podopieczną.
- Przepraszam. – w głosie dziewczyny słychać było zmieszanie i skrępowanie wywołane zaistniałą sytuacją. – Ale czy to ja muszę go kąpać?
Lord kończył właśnie wydawać polecenia dla rodzeństwa. Zdjął rękawiczki i oddał je Fushigi, mówiąc, by zajęła się dalszymi krokami wcielania nowego członka. Patrząc zdziwionym wzrokiem na Samantę milczał przez chwilę.
- Jeśli nie dasz sobie rady sama, weź do pomocy Eleonorę. Przecież to nie jest ciężkie zadanie?
Wampirzyca, druga ze straży przybocznej generała Markusa, stojąca pod ścianą tuż przy otwartym skrzydle drzwi klatki, zaniosła się długim i donośnym śmiechem. Lord, nie zwracając uwagi, poprosił Futago, by ten został z dziewczynami dla bezpieczeństwa. Wampir skinął jedynie głową. Głównodowodzący podszedł do Markusa i obaj odeszli rozmawiając na tylko sobie znany temat. Po chwili znikła również Fushigi. Eleonora podeszła do koleżanki z korpusu i swym zachrypniętym od papierosów głosem powiedziała:
- Nie wierzę, że Lord zrobił to przypadkowo!
- Właśnie, że tak. Ma na głowie wiele spraw, mógł o tym zapomnieć.
Samanta sama nie wierzyła w to co mówi.
- Chcesz mi powiedzieć, że nasz głównodowodzący całkiem przypadkiem zapomniał o tym, że jesteś najgrzeczniejszą w tym wszechświecie, ponad dwustuletnią, wampiryczną dziewicą i całkowicie niechcący kazał ci umyć ptaka naszego nowego kompana?
Eleonora akcentowała każde słowo. Poliki Samanty zlały się czerwienią, którą dało się poznać nawet w półmroku katakumb. Futago stał niewzruszony parę metrów od dwóch dziewczyn wymieniających się opryskliwymi uwagami na temat swojej moralności. Niewzruszony wypowiedziami podszedł do wciąż nieprzytomnego, nowego członka klanu. Mimo niewielkich gabarytów z łatwością przerzucił go sobie przez ramię. Stanął pomiędzy dwoma kłócącymi się wampirzycami przerywając ich spór, by po chwili, bez słowa ruszyć dalej w stronę łaźni. Strażniczki Markusa, zakończyły burzliwą wymianę argumentów serią urażonych spojrzeń. Doganiając Futago, obie były zadziwione ponieważ przysięgłyby, że ten niosąc na swym ramieniu omdlałe ciało prosi je o coś swym okropnym głosem. Jednak nie zdołały zrozumieć, co takiego wysączyło się z rzadko używanych strun głosowych obrońcy Lorda.
…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Podczas kąpieli i pielęgnacji chłopak z klatki był nieprzytomny. Jego stan nie uległ zmianie również, gdy opatrywano rany, które nie zagoiły się po tym jak z jego organizmu wysączył się jad. O dziwo, było ich całkiem sporo. Rzadko się to zdarzało, lecz było możliwe. Młode wampirzyce wiedziały, że ciało nowego będzie po tym mocno naznaczone różnorakimi bliznami. Samanta twierdziła, że jest jej szkoda chłopaka. Argumentowała to faktem, iż mógł mieć nieskazitelne ciało, tak będzie wyglądać okropnie przy czekających go ceremoniach. Eleonora mówiła, iż siedemdziesiąt sześć blizn rozłożonych po prawie całej sylwetce to jeszcze nie jest tragedia. Sama, przez wszystkie walki dorobiła się około trzydziestu. Po za tym twarz była nienaruszona, a taki „pochlastany” tors i nogi są nawet całkiem seksowne.
Futago milczał przysłuchując się każdemu zdaniu, oparty o najbardziej oddalone od gadatliwych przyjaciółek ściany kolejnych pomieszczeń, w których dokonywano zabiegów. Obie wampirzyce, choć nie dawały tego po sobie poznać, były wyjątkowo zaciekawione tym co robi ich nauczyciel fechtunku. Najbardziej tajemniczy ze wszystkich wampirów czterech korpusów, tworzących od niedawna, klan Lorda Henry'ego. Mierzący sto sześćdziesiąt siedem centymetrów, o dopasowanej, atletycznej sylwetce. Trochę, od ideału odbiegały mu ręce i barki, których mięśnie były mocniej rozbudowane od wielu wieków ćwiczeń z mieczami i bronią białą. Futago, jak i jego siostra, dla nowicjuszy byli przerażający. Kruczoczarne włosy, przystrzyżone na centymetrową długość wyglądały, jakby jego głowa pokryta była malutkimi kolcami. Na przemian widziano go chodzącego w chuście, szalu lub, w trakcie akcji, w metalowej masce zapinanej z tyłu, której zadaniem było zakrywanie połowy twarzy jej właściciela. O tym co ukrywa się pod nią krążyły legendy. Ich powstawanie napędzało się samo. Oprócz maski Futago miał również przepaskę, która zakrywała jego prawe oko, a raczej to co po nim zostało. Wieści mówiły, iż stracił je broniąc głównodowodzącego, tak jak i spory kawałek ucha. To właśnie w tej walce miał doznać ran, które ostatecznie zadecydowały o jego wyglądzie. Nie mając wyboru i nie chcąc stracić godności, rzucił się pod miecz potwornie silnego przeciwnika i obronił Lorda własnym ciałem. Podobno starsi z innych klanów powiadają, iż był to jedyny przeciwnik, który kiedykolwiek wybił katanę z dłoni Futago. Właśnie to zdarzenie miało sprawić, że z ubioru tego wampirzego wojownika znikły wszelakie barwy. Pozostała grafitowa szata luźniej rozkładająca się przy stawach by nie krępować ruchów. Przepasana grubym, czarnym pasem od bioder, kończąca się tuż pod przeponą. Ostateczną rzeczą, która absolutnie rozbijała wygląd jego dość tradycyjnego stroju, były buty. Dopiero parę dekad temu przestał on nosić stare, japońskie tabi wraz z geta. Skarpetki z osobnym palcem zakłada tylko do ćwiczeń, w których naucza bezszelestnego poruszania się, a z drewnianych chodaków zrezygnował całkowicie. Na co dzień chodzi w czarno-białych trampkach, które dostał od wszystkich jako prezent na umowną datę urodzin. Po paru latach namawiania przez siostrę założył je i stwierdził, że są praktyczne. Ta sytuacja przyniosła spore rozluźnienie wśród młodszych towarzyszy. Niejako potwierdziła tezę jego lordowskiej mości, że Futago posiada jednak odrobinę ludzkich uczuć i nie jest monstrum, które zabije dla zabawy każdego.
Przyboczny Lorda obserwował przez chwilę swym zielonym okiem milczące wampirzyce, które zapatrzyły się w ciało przebierane właśnie w lniany, dwuczęściowy, szpitalny strój. W ułamku sekundy zrozumiał, że obydwie zamarły z przerażenia. Odbił się nogą, której stopa spoczywała na ścianie. Swym pełnym kociego wdzięku, cichym jak bicie serca noworodka, krokiem staną tuż za plecami Eleonory. Palce już dawno objęły rękojeść katany. Samanta stojąca po drugiej stronie stołu trzęsącym się głosem cicho wychrypiała:
- Futago, panie Futago, mój mistrzu fechtunku, posłusznie melduję, że obiekt, członek, – Szmaragd gubił się w słowach – nowy członek naszego klanu przed chwilą się ocknął. Jednak sekundę później ponownie stracił przytomność. Czy mam…
Wampirzy wojownik przerwał jej w połowie zdania. Spojrzał uważnie na twarz chłopaka spoczywającego na szpitalnym stole. Uniósł prawą dłoń, wierzchem przed twarzą Samanty. Trzymał wyprostowany kciuk i palec wskazujący rozchodzące się pod kątem prostym. Ten dziwny znak należał do jego dialektu i mógł oznaczać tylko jedno.
- Tak jest mistrzu. – Samanta truchtem ruszyła do gabinetu Lorda.
Eleonora niepewnie podniosła wzrok. Swoje spojrzenie utkwiła w zamkniętych powiekach nowego, pod którymi wyraźnie dało się zauważyć ruch gałek ocznych.
- To już niedługo, prawda majorze Futago?
- Mhm. – Pomruk nie zawierał w sobie odpowiedzi. Starszy wampir obrócił się jedynie plecami do swej rozmówczyni. Prawą ręką wyciągnął trzydzieści centymetrów ostrza swej katany. Zalśniło czarne ostrze. Palec wskazujący lewej dłoni uderzył w metal miecza. Rozszedł się delikatny dźwięk, który Eleonora z trudem wychwytywała na granicy swoich możliwości. Po chwili drzwi do sali szpitalnej otworzyły się, a w ich progu stała Fushigi. Jak zwykle delikatnie uśmiechnięta.
- Dziękujemy ci Eleonoro, jesteś wolna. Teraz my przejmiemy nad nim wartę. Dla ciebie może się to okazać zbyt niebezpieczne.
Wampirzyca z drugiego korpusu była zdezorientowana.
- Jednak to Lord wydał rozkaz, Pani Fushigi.
„Dziękujemy ci Eleonoro, jesteś wolna".
Słowa rozbrzmiewały w głowie czarnowłosej dziewczyny z siłą, która przymknęła jej powieki. Nie było sensu kwestionować tego rozkazu. Kolejne wątpliwości przyniosły by tylko więcej bólu. Wampirzyca wyprostowała swoją sylwetkę i ruszyła w stronę korytarza.
- Zamknij za sobą drzwi Eleonoro i pozostań przy nich póki nie zjawi się Lord, dobrze?
- Tak jest pani Fushigi.
Masywne, dębowe drzwi sali szpitalnej zamknęły się za wychodzącą Eleonorą, choć ta jeszcze nie zdążyła się do nich odwrócić. Szczęk zamka podkreślił fakt, iż rodzeństwo nie chce, by ktokolwiek im w tym momencie przeszkadzał.
- Co to kurwa miało być? – Czarnowłosa wampirzyca oparła się o ścianę i wyciągnęła swoją srebrną papierośnicę. – Czasami są naprawdę przerażający.
Skwitowała odpalając skręta własnego wykonania złotą, benzynową zapalniczką. Zaciągnęła się porządnie i przez chwilę przytrzymała dym w płucach. Wraz z wypuszczanym dwutlenkiem węgla odchodziła migrena pozostawiona przez telepatyczne połączenie. Osunęła się po chropowatej ścianie wykonanej ze starych, masywnych, kamiennych bloków. Spojrzała na kinkiet i jaskrawo świecącą żarówkę by ocenić jak długo będzie ją męczyć podarowany ból głowy. Prawą skroń rozpalił kłujący żar.
- Jedno zdanie wypowiedziane w mojej głowie. – Eleonora ponownie wzięła porządnego dyma. – A uczucie gorsze, jak kac po trzydniowym chlaniu. Muszę się w tym kiedyś podszkolić.
Z prawej, od strony schodów prowadzących ku wyższym piętrom, zaczęły dobiegać kroki jednej osoby.
Dziewczyna szarpnęła się i stanęła na baczność. Po chwili refleksji wzięła ze skręta jeszcze trzy szybkie pociągnięcia, co zaowocowało przyjemnym zawrotem głowy. Na chwilę otworzyła szerzej oczy i pomyślała, że te migreny mają też swoje dobre strony. Zgniotła butem niedopałek rzucony na kamienną posadzkę. Zza rogu wyłoniła się smukła sylwetka jego lordowskiej mości, przyglądając się przybocznej Markusa.
- Gdy widzieliśmy się wcześniej na pewno nie miałaś kaca. Tym bardziej nie byłaś pijana, Eleonoro.
- Tak, Lordzie! Melduję, że nie jestem pijana. – wampirzyca zogniskowała wzrok na twarzy rozmówcy. – To skutki rozmowy telepatycznej, jaką zostałam uraczona przez panią Fushigi.
- Oraz, jak mniemam, zbyt szybkiego palenia jednego z tych twoich gwoździ do trumny?
- Tak, Lordzie.
- Eleonoro – Głos jego lordowskiej mości sprawił, że kręgosłup dziewczyny naprężył się jak struna. – Natychmiast zgłoś się do swego dowódcy. Masz mi przynieść dokument mówiący o twoim rozwoju psychicznym i randze kapłańskiej, a także ostatnie badania stanu twego organizmu. Widzę poważne braki w twoim wyszkoleniu, a nie chciałbym być zmuszony do oddelegowania ze służby tak znamienitego strzelca, jak ty. W dodatku martwi mnie to jak traktujesz swoje organy wewnętrzne. Czy wyraziłem się jasno?
- Tak, Lordzie. Ile mam na to czasu?
- Wydaje mi się, że termin upłynął jakieś pół godziny temu, Elen.
„Nie jest dobrze”, myślała wampirzyca, „on jeszcze nigdy nie zdrobnił mego imienia".
- Jestem prawie pewna, że znajdowały się na Pańskim biurku, Lordzie.
- Mogłem przegapić, spieszyłem się do naszego nowego przyjaciela.
- Pewnie tak właśnie było. – Dziewczyna przełknęła ślinę, głos Lorda Henry'ego miał w sobie coraz mniej emocji. – Lordzie, czy wie Pan może łaskawie, gdzie jest generał Markus de Pared?
- Gdy go opuszczałem był w swoim gabinecie. – Po długości korytarza przygasły wszystkie lampy, a migrena Eleonory przybrała na sile.
- Dziękuję, Lordzie.
Wampirzyca lekko chwiejnym krokiem ruszyła przed siebie. Doszła za róg i powstrzymała odruch wymiotny.
- Tak przejebane, to ja jeszcze nie miałam.
Pobiegła.

.........................................................................................................

Lord patrzył jak przyboczna Markusa znika za rogiem. Mechanizm zamka sali szpitalnej szczękną cicho, a drzwi uchyliły się do środka. Jego lordowska mość wszedł zamyślony. Pomieszczenie rozświetlało parę żarówek powieszonych wzdłuż wysoko umieszczonego sklepienia. Bez słowa skierował się ku narożnikowi, z którego wziął krzesło. Ustawił je oparciem do boku łóżka, na którym powoli dochodził do siebie nowy. Zdjął prążkowaną, grafitową marynarkę i powiesił ją przed sobą. Wyprostował krawat, ściągnął mankiety, usiadł okrakiem na krzesło. Krzyżując ręce na piersi oparł się wbijając wzrok w bliżej nieokreślony punkt parę metrów przed sobą.
- Chciałabyś coś powiedzieć, Fushigi?
- Lordzie, to nie jest zła dziewczyna. Jest po prostu młoda.
- Co nie oznacza, że jest niezastąpiona. – Zimno odpowiedział Lord. – Co o tym sądzisz Futago?
- Jeśli ja dostałem szansę, – Wampir rzęził jak zepsute koło tortur. – ona również powinna. Potrzeba czasu.
Lord Henry uśmiechnął się do siebie, a w jego głosie znów zagościła szczera radość.
- Czasem mam wrażenie, że z wiekiem miękniecie względem tych szczyli. Jednak to nic, mamy ważniejsze sprawy do załatwienia. Ty na stole, – Oparł brodę o przedramiona – już od dawna nie śpisz i dobrze o tym wiem. Ładnie to tak podsłuchiwać?

..........................................................................................................................

Od długiego czasu leżę luźno na stole. Nie wiem gdzie jestem i nie mam pojęcia o czym mówią osoby będące w pobliżu. Udawałem, że śpię. Myślałem, że idzie mi dobrze. Poznaję dwa głosy, były ze mną w tym okropnym pokoju, w celi.
Serce zaczyna mi coraz szybciej bić, ale pojawiający się strach od razu zamienia się w chęć walki. To nie jestem ja! W dodatku ten trzeci, który się pojawił. Skąd wiedział tak od razu? Nie było go tu wcześniej. Pamiętam twarz jakiejś dziewczyny, dwóch. Były czymś przerażone. Czym? Mną? Może to ten tutaj, który przyszedł? Jest po lewej stronie, siedzi w połowie łóżka. Mimo zamkniętych oczu widzę coś?! Jakby zarys jego sylwetki. Pozostała dwójka stoi w nogach łóżka, są mniej wyraziści, ale jestem pewny. Szczególnie postać po prawej. Na wysokości jej oczu, ten świetlisty, punkt wylewający z siebie błękit?! Czy to jest oko? O nie! Ona wie, że na nią patrzę, teraz już wszyscy są pewni tego, że jestem przytomny! Czuję jak się denerwuje! Jak skupia się na moim umyśle! Ona już w nim siedzi! To boli!
- Musisz się bronić…
- Dobrze.

......................................................................................................................

- Lordzie, on próbuje się dostać do mego umysłu!
Lordowska mość ledwie odwrócił głowę gdy kątem oka ujrzał kolano zmierzające w stronę jego głowy. Odbił się obunóż od boku łóżka, które stanęło równolegle do ściany. Wparty w nią atakujący nowy członek klanu wybił się z całą siłą jaką tylko znalazł w udach wyrzucając ręce do przodu. Niczym zwierzę na czworaka wylądował na ziemi, by po ułamku chwili wykonać kolejny skok. Unikając ciosu zadawanego mieczem, uniósł się pionowo ku górze i wykręcając salto w bok wylądował powrotem na nogach. Przykucnął i oparł ciało na prawym ręku, wyrzucając obie nogi tuż przed tors przeciwnika bez miecza. Lord wyminął atak bez problemu i chwycił oponenta w pasie. Uniósł go z nadzieją miotnięcia przeciwnikiem o kamienną posadzkę. Gdy tylko zaczął upuszczać ciało ku podłodze zrozumiał swój błąd. Nowy kandydat wygiął ciało w łuk i oparł dłonie mocno na ziemi. Jego prawa noga zawinęła się wokół pasa przeciwnika trzymającego go w uścisku, a lewe kolano zaparło się w podbrzusze. Gdy tylko konstrukcja dwóch przeciwników nabrała odpowiedniego pędu Lord z ciężkim łomotem wylądował na ziemi. Nowy w pełnym dosiadzie zadawał wyjątkowo szybkie, lecz niezbyt celne ciosy, przed którymi lordowska mość nie musiał się nawet bronić. Po pięciu prostych sylwetka górująca nad Lordem Henrym wybiła się saltem w tył, a jej miejsce zajęło ostrze katany. Nowy stał metr dalej. Kolana wciąż lekko ugięte świadczyły, że w każdej chwili jest gotów do skoku. Lord wstał, poprawił krawat i mankiety. Przeczesał palcami włosy. Uśmiechnął się.
- Zrozumiałeś już, że nie masz szans?
- Muszę się bronić.
- Nie przed nami, mam do ciebie kilka pytań.
- Nie przed wami? Twojego głosu nie poznaje. – Mówił lekko zdyszany chłopak. – Ale tą dwójkę poznaje z tej klatki, w której mnie trzymaliście. Pamiętam jak jego miecz ciął mnie w plecy, a ona coś mi zrobiła! Tak jak teraz, kiedy była w mojej głowie! Jak mam wam ufać?!
- Lordzie. – Fushigi stojąca przy drzwiach i obserwująca zmagania zaczęła mówić jedwabistym głosem. U przed chwilą rozwścieczonego chłopaka stworzył on w głowie potworny mętlik. – Czy mam go uspokoić?
- Nie, Fushigi. – Głównodowodzący odpowiedział stanowczo. – W pewnym sensie ma rację, ale to nie do końca jest wasza wina. Nie rozumie, że wtedy broniliście się przed czymś co nie było nim. W końcu nie wie, że to on was zaatakował.
Chłopak stał w swoim końcu kilkumetrowej Sali i próbował zebrać myśli. Pamiętał ciosy mieczem i dziwne uczucie gdy zawisł w powietrzu. Znalazł również w zakamarkach myśli przemożną chęć zabicia wszystkiego co można było zjeść. Był też cios i sen. Zamknął oczy. Spojrzał na pokój zza zamkniętych powiek. Było ciemno.
- Wasze sylwetki – otworzył oczy i spojrzał na stojących, którzy wyglądali na całkiem rozluźnionych – które wcześniej widziałem.
- Tak, co się z nimi stało? – Zagadnęła ciekawa Fushigi.
- Znikły. Nie ma ich. Jest tylko pustka.
- Czy to normalne Fushigi?
- Tak Lordzie. – Głos wampirzycy był przepełniony pewnością. – To wyłącznie jednorazowy wybryk tuż po przemianie. Być może, dziś odprawiłabym nad nim rytuał pieczętujący te możliwości i rozwinęlibyśmy je prawidłowo. Powoli, ucząc go medytacji. W ten sposób nie zrobi sobie krzywdy.
- Widzisz, chłopcze? – Lord wesołym głosem, przepełnionym dumą ze swej strażniczki, zwracał się do nowego. – Pomyśl chwilę, czy to jest postawa kogoś, kto chce cię skrzywdzić mój drogi?
Mętlik wywołany aksamitnym głosem wampirzycy przeszedł całkowicie. Pozostawił po sobie spokój i jasność myślenia, której brakowało od wielu dni.
- Nie, zdecydowanie nie jest to taka postawa.
Nowy powoli, obserwując stojących, na co oni odpowiedzieli tym samym, usiadł na łóżku. Zamyślił się i patrzył na ich twarze.
- Odczuwasz strach? – Pytanie padło z ust lekko uśmiechniętej wampirzycy. – Czy bardziej jest to zmieszanie?
- Strach. – Chłopak odpowiedział lekko nieobecnym głosem. – O co chodzi z tym rytuałem? Co mógłbym sobie zrobić?
Nowy członek klanu zapatrzył się w swoje dłonie. Dopiero teraz zaczęło do niego docierać z jaką szybkością poruszał się przez te parę sekund potyczki.
- Wszystko w swoim czasie, Fushigi. – Lord powstrzymał wampirzycę od mówienia. – Na dziś dzień wystarczy ci wiedza, iż powinieneś się mu poddać dla własnego dobra.
- Zgadzam się. – Chłopak odpowiedział automatycznie.
- Dobrze. Tak więc powiedzmy, że przesuniemy dzisiejszą lekcję. – Lord Henry zastanowił się przez chwilę. – A raczej zakończymy.
- Jaką lekcję?
- Traktuj każde spotkanie z jakimkolwiek członkiem naszego klanu jak lekcję. Od dziś, do momentu, w którym dowiesz się od mojej persony, iż twe szkolenie zostało ukończone. Nikt inny ci tego nie przekaże. Ile będzie trwać? Tego również nie jestem w stanie ci powiedzieć.
- Więc jak mam traktować to, co zaszło między nami dziś? – Dezorientacja chłopaka sięgnęła zenitu.
Jego lordowska mość pomyślał chwilę. Spojrzał w sufit, potem w podłogę. Podszedł i podniósł marynarkę. Otrzepał ją. Odstawił do rogu krzesło. Nakazał dla rodzeństwa objąć wartę przed drzwiami.
- Nazwijmy to lekcją organizacyjną. Nie owijając w bawełnę, – Założył marynarkę. – wśród nas nie masz żadnej rangi, nawet ucznia. Będziesz, być może, poniżany, bity, upokarzany tak przez kapłanów, jak i żołnierzy. Jeśli wpłynie na ciebie zbyt wiele skarg, zostaniesz poddany osądowi, a ten dla kogoś twego pokroju ma przygotowanych parę bardzo bolesnych rozwiązań. Być może wydaje ci się, że jesteś w stanie z nami konkurować, ale nie wiesz nic o swoich mocach, a to podstawowa wiedza, która umożliwia walkę. Nie jesteś już tym kim byłeś, nawet jeśli pamiętasz swoją przeszłość. Od momentu, kiedy otworzyłeś swoje ślepia w tym pomieszczeniu, a tym bardziej zaatakowałeś mnie i moich przybocznych twoja dupa należy do mnie. – Głos Lorda wysechł. – Nie wydostaniesz się stąd, nie myśl o tym. Z tej sali nie ma ucieczki. Nie ma okien, a kamień na ścianach jest cholernie gruby. Jedyne wyjście to te masywne, stare, okute, dębowe drzwi. Zaraz za nimi czekają na ciebie strażnicy. Póki nie uzyskasz pozytywnej opinii od najmniej dwóch majorów, każdy z nich ma rozkaz twej eksterminacji. Tak poprzez zastrzelenie, dekapitację czy każdy inny podobający mu się sposób. – Lord zdjął dłonie z barków przerażonego chłopaka. Wyprostował się i uśmiechnął. Pozwolił by jego głos ponownie nabrał przyjemnej barwy. – Jutro zostaniesz oprowadzony po włościach. Trafisz również na pierwszą lekcję teoretyczną. Postaraj się, zebranie pozytywnych opinii od wszystkich nauczycieli daje ci status ucznia. To zawsze coś. Przynajmniej masz wtedy prawo chodzić korytarzem. Czy wszystko jest dla ciebie zrozumiałe? Nim odpowiesz…
- Tak, Lordzie. – Chłopak odpowiedział, stając na baczność. – Wszystko jest dla mnie zrozumiałe.
- Miło mi, że pojąłeś nim ci o tym powiedziałem, jak masz się do mnie zwracać. Nigdy o tym nie zapominaj.
Lord w trzech długich krokach stał przy drzwiach. Zapukał, otworzyły się. Na zewnątrz, oprócz strażników, czekał na niego Markus.
- Lekcja o tym, że niewiele się różnimy chyba nie poszła tak jak chciałeś?
- Fakt, wybrał lekcję dyscyplinarną. - Ruszyli w stronę schodów. – Mamy czas, nic nie jest stracone. Rozmawiałeś o tym z Fushigi?
- Tak, mówi, że chłopak jest szybki.
- Ma niezły refleks, to fakt, ale zobaczymy co z tego wyniknie. Wydaje mi się jednak, iż nie o tym chciałeś ze mną porozmawiać przyjacielu? Słucham.
- Tak, Henry. Chodzi o Eleonorę.
- Och… prawie zapomniałem. Dostarczyła dokumenty?
- Tak.
- Więc co takiego cię trapi?

...............................................................................................................

Jestem przerażony. Zaraz po wyjściu tego wysokiego chłopa zapalona została tylko jedna żarówka. W samym końcu pokoju. Te ściany, znów jakiś zamknięty pokój, te wszystkie groźby… jestem przerażony. Nawet teraz, leżę na pryczy i absolutnie nie wiem co się dzieje. Czuje się osamotniony. Choć mówią mi, że teraz jestem jednym z nich, popierając to wypowiedzią, że jeśli się nie poddam i nie zostanę niewolnikiem to mnie zabiją.
- To nie tak…
- Więc jak to jest Beti? Zrobiłem co chciałaś, blokada zostanie założona. Co dalej?
- Przecież już usłyszałeś… masz być dobrym uczniem, a wszystko będzie w porządku… Jeśli nie… znam sposób by wydostać się nawet z tego pokoju… śpij… to jest ci najbardziej potrzebne… Śnij, byś za żadną cenę nie zapomniał kim jesteś! Śpij…
Słodki głos utulił go ponownie do snu.
Nie jestem ideałem, znalazłem ciekawsze rozwiązanie - jestem sobą.
08-07-2013, 18:56
Znajdź Posty Reply
Binah Offline
Wtajemniczony

Liczba postów: 59
Dołączył: Jun 2013
Reputacja: 5
Podziękowania: 7
Podziękowano 31 razy w 17 postach
Post: #6
RE: Jeśli ktoś się nudzi, proszę. UWAGA! Dłuuugi tekst
Taki fajny, dłuuugi tekst, a my tu o dupie :D... i ja też. Język Bo, jakby nie patrzeć, to jednak ten cytat mówi o sensie życia. Ninja
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-07-2013, 23:50 {2} przez Ames.)
09-07-2013, 23:45
Znajdź Posty Reply


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Impressum | Mitglieder | Regeln | Forensoftware MyBB