Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Magia wody (stworzenia, podstawowe pojęcia)
Autor Wiadomość
pogan223 Offline
Neofita

Liczba postów: 5
Dołączył: Mar 2014
Reputacja: 2
Podziękowania: 0
Podziękowano 2 razy w 2 postach
Post: #1
Magia wody (stworzenia, podstawowe pojęcia)
Magia wody - o co chodzi, skąd się wzieła?

Żywioły tworzą świat. Cała natura jest symbolicznie podzielona na żywioły, które przejawiają się w pewien sposób we wszystkim. My, ludzie, w głównej mierze składamy się z wody, oddychamy powietrzem, nasze ciało jest materią, a nasze działania są ogniem. Oczywiście jest to duże uproszczenie.

Jako pierwszy podstawowe żywioły określił w V wieku grecki filozof Empedokles. W starożytnych Chinach Pinyin Wu Xing opisał świat pod względem pięciu podstawowych jakości: ziemi, metalu, wody, drewna i ognia. W Indiach w III wieku n.e. Ishvarakrsna wyodrębnił również pięć elementów: powietrze, ogień, wodę, ziemię i przestrzeń.

Żywioły mają swoich opiekunów, duchy, no i oczywiście swoje właściwości, cechy charakterystyczne. W magii komunikujemy się z owymi właściwościami, które są w każdym z nas: wzmacniamy je, odkrywamy, aby osiągnąć określony efekt. Można komunikować się z żywiołami na wiele sposobów. Jednym z nich jest przywoływanie opiekuna czy ducha danego żywiołu - jest to pewien rodzaj energii manifestującej się w konkretnej postaci. Dzięki temu (tej postaci) łatwiej możemy się z nią komunikować: rozmawiać, radzić się jej, prosić ją o wsparcie, czy też o wypełnienie naszego ciała, umysłu i ducha określoną jakością.
Możemy też przywoływać wizje, które kojarzą się z danym żywiołem: energii, światła czy konkretnego obrazu, a następnie pracować z nimi. Kolejnym sposobem jest odgrywanie roli danego żywiołu poprzez ruch, taniec, śpiew, wzbudzanie w sobie odczuć charakterystycznych dla danej jakości.

Stworzenia, żywiołaki i opiekunowie wody.

Opiekunem jest Niksa - postać płynna, zbudowana z zielononiebieskiej aury, upstrzona srebrnymi smugami i szarymi mchami.
Istotami związanymi z wodą są rusałki, nimfy wodne.



Gdyby o wschodzie księżyca jakiś wędrowiec znalazł się nad leśnym jeziorkiem i przezornie skrył za drzewami, mógłby ujrzeć piękną jak sen, tańczącą dziewczynę. Chwilami mogłoby mu się zdawać, że tancerka pląsa po powierzchni wody, choć porusza się bezszelestnie, a tafla leśnego jeziorka jest nieruchoma, jak gdyby wiatr zasnął ukołysany dźwiękami dziwnej muzyki dobiegającej z oddali. Przez jakiś czas mógłby próbować zgadnąć, skąd pochodzi i co tu robi o tak późnej porze, może nawet miałby ochotę ją o to zapytać - ale prędzej czy później zrozumiałby na pewno, że tancerka nie pochodzi z tego świata i że nie da się nawiązać z nią rozmowy. Zapewne więc cofnąłby się czym prędzej w zarośla i odwrócił wzrok, aby nie narazić się tajemnym mocom...
I stałoby się tak niezależnie od narodowości wędrowca i miejsca akcji. Bo i starożytni Grecy, i Rzymianie, i mieszkańcy Indii, i Celtowie - wszyscy dobrze wiedzieli o nadprzyrodzonego pochodzenia istotach płci żeńskiej, powiązanych z przyrodą bardziej niż jakiekolwiek inne baśniowe stwory. Większość widziała je jako zwiewne dziewczątka, inni wyobrażali je sobie jako pomarszczone staruszki - a może mogły ukazywać się śmiertelnikom w różnych formach? Prześledźmy opowieści o nich i opisy wędrowców, którym udało się powrócić znad leśnych jeziorek. Prześledźmy i porównajmy, a może uda nam się uporządkować choć trochę wiedzę o tych stworzeniach.
W starożytnej Grecji władzę nad nimi sprawowała bogini opiekująca się światem natury - Demeter, przedstawicielka starszego pokolenia bogów, której córką - o ich rozłące opowiada jeden z najbardziej znanych greckich mitów - była żona Hadesa, Kora (co po grecku znaczy po prostu - dziewczyna). Zapomnijmy jednak na chwilę o obrazie, którym jawi się nam w wyobraźni, gdy słyszymy imię tej bogini - obrazie zmęczonej podróżą, przepojonej boleścią matki. Spójrzmy na nią jako potężną, bo rządzącą przyrodą władczynię. Demeter, choć jest bóstwem chtonicznym, nie uosabia ziemi - to funkcja Gai - ani nie opiekuje się płodnością kobiet, co jest częstą cechą żeńskich bóstw natury. To bogini bliska ludziom, ich trudom i radościom, ale jednocześnie tajemnicza - do dziś nie jest znany przebieg misteriów eleuzyńskich, poświęconych w całości jej kultowi. A prócz Kory-Persefony miała jeszcze inne dzieci: z Posejdonem - Arejona i Despojnę, czyli Panią, a z Iasjonem - Plutosa, boga obfitości.
Jako władczyni lasów, łąk i pól musiała być nierozerwalnie związana z nimfami - jedna z nich, Kyane, pojawia się w micie o porwaniu Kory: nie mogąc zapobiec zamiarom Hadesa, po utracie przyjaciółki dosłownie rozpływa się we łzach i tworzy potok nazwany później jej imieniem. Jej sióstr było wiele - lubiący porządek kapłani i bajarze podzielili je na wiele odłamów w zależności od miejsca zamieszkania, specjalizacji lub pozycji w wielkim drzewie genealogicznym niebian; bo choć greckie nimfy rzadko przekraczały próg Olimpu, bliżej im było do wielkiej, kapryśnej i krzykliwej rodziny Olimpijczyków niż do wątłych śmiertelników. Te najbardziej pospolite z bóstw, ale jednak bóstwa, zaludniały tłumnie orszak Artemidy, towarzyszyły Afrodycie na Cyprze, na wyżynach olimpijskich służyły Herze - słowem, były nieodłącznymi towarzyszkami bogiń. Najczęściej jednak wolały ziemię, z którą były nierozerwalnie związane. Rzadko widywali je śmiertelnicy, ale było ich tak wiele, że aby je uszeregować - stworzono swego rodzaju systematykę.
Były więc driady - czasem nazwy tej używa się w stosunku do wszystkich nimf - czyli mieszkanki lasów, nierzadko kompanionki Artemidy; czasem nazywane są również alseidami od alsos - świętego lasu. W borach mieszkały także ich krewne, hamadriady, z których każda związana była z jednym tylko drzewem - rodziła się i rosła wraz z nim i umierała natychmiast, gdy je ścięto. Dla starożytnych twórców mitów musiało to stanowić wdzięczny motyw: pojawia się w historii o nimfie Chrysopelei, której dąb zagrożony był zagładą ze strony rwącego potoku biegnącego nieopodal. Myśliwy Arkas na błagania boginki własnym staraniem zmienił bieg wody - Chrysopelea zaś z wdzięczności oddała mu się za żonę, dając początek szczepowi arkadyjskiemu. Inaczej dzieje się w micie o Rojkosie, który powstrzymując upadek starego dębu ratuje życie kilku naraz hamadriad - przedtem jednak przezornie wymógł od nich obietnicę, że podzielą z nim łoże. Driadą była także Dafne, w której zakochał się Apollo - ona jednak, nie odwzajemniając jego miłości, poprosiła Gaję, swą matkę, by zamieniła ją w drzewo laurowe (daphne - gr. laur). Mit ten tłumaczy, dlaczego bóg poezji tak lubił wawrzyny (pięknemu synowi Leto często zdarzało się zapałać miłością do nimfy - czego przykładem zamieniona w źródełko Kastalia). Inną wartą wymienienia członkinią tej leśnej czeredy była sama Eurydike, żona sławnego króla Tracji - muzyka Orfeusza.
Najady, nimfy zamieszkujące wodne przestworza - morza i rzeki - stanowią nie mniej liczną grupę niż ich leśne siostry. Wiele z nich to mnogie córki najstarszego z tytanów, Okeanosa, uosabiającego rzekę opływającą wokół całą ziemię, lub morskiego starca Nereusa. Dwaj ci ojcowie mieli według mitografów każdy od pięćdziesięciu do stu cór (istnieją cztery spisy imion nereid, które razem tworzą listę liczącą sobie niebagatelną sumę siedemdziesięciu siedmiu pozycji), zrodzonych z siostry i zarazem żony Okeanosa - tytanidy Tethys i żony Nereusa, a córki niezmordowanego Okeana - Doris. Nereidą była żona śmiertelnika Peleusa, a matka Achillesa - Tetyda, w której, gdy była panną, kochali się Zeus i Posejdon. Bóg mórz pocieszył się zresztą wzajemną miłością do siostry swej pierwszej wybranki - pięknej Amfitryty. Inna znów córka morskiego starca - Galatea, imienniczka ożywionej rzeźby Pygmaliona, króla Cypru - wzbudziła miłość w sercu szpetnego cyklopa Polifema. Psamate, żona Ajakosa oraz Melite - kochanka Heraklesa i matka Hyllasa - także są nereidami. Ze znaczących okeanid warto wymienić Styks, uosabiającą słynną rzekę płynącą w podziemiach Hadesu i Eurynome, bardzo ciekawą, a stosunkowo mało znaną postać: wedle mitu wraz ze swym kochankiem Ofionem rządziła ona światem, zanim po berło sięgnął Kronos. Zachował się posąg Eurynome, przedstawiający ją w postaci pół-kobiety, pół-ryby, co jest tym ciekawsze, że greckie syreny wyglądały zupełnie inaczej.

Są także oready, nimfy górskie, i lejmoniady, boginki zamieszkujące kwietne łąki - oraz szereg nadprzyrodzonych żeńskich istot, o których nie wiemy, czy są nimfami - pewne jest wszakże, że nie są śmiertelniczkami ani też nie zaliczają się do ścisłego panteonu Olimpian. Są też bóstwa, które pełnią stałe funkcje związane nierozerwalnie ze światem natury, a nimfami zdecydowanie nie będące, jak Eos - różanopalca pani poranka, Selene - uosabiana czasem z Artemidą bogini księżyca lub Iryda, służka Hery, rozwieszająca na niebie tęczę. Nie można już jednak mieć pewności na przykład co do Kalypso, zakochanej w Odyseuszu czarownej mieszkanki wyspy Ogygii, która w przekładzie Parandowskiego nazywana jest arcyboską; Homer wkłada w usta herosa słowa: wiem ci ja sam zbyt dobrze, jak dalece mądra Penelopa jest przy tobie pośledniejsza urodą i wielkością, jest bowiem śmiertelna, a ty nieśmiertelna i wiecznie młoda - a jednak tęsknię przez wszystkie dni i pragnę pójść do domu i oglądać dzień swego powrotu.



A skoro już jesteśmy przy Odyseuszu, zatrzymajmy się przy greckich syrenach, o których była już mowa przy okazji posągu Eurynome. Otóż syreny, które stworzyła wyobraźnia Hellenów, wcale nie przypominały owej statuy - i choć powiązane z wodą, z wyglądu nie przypominały ryb pod żadnym względem. Obdarzone były za to skrzydłami, które umożliwiały im lot, i innymi częściami ptasiej anatomii - trudno więc powiedzieć coś bliższego o ich urodzie, wiadomo jednak, że o ich uroku stanowiły przede wszystkim cudowne głosy. Odyseusz, który minął ich skałę, ocalenie zawdzięczał jedynie swej przemyślności: wiosłującym towarzyszom zatkał uszy woskiem, sam zaś kazał się uprzednio przywiązać do masztu, ciekaw czarownej syreniej muzyki.
Wypadałoby także wspomnieć o menadach, uroczych półdzikich stworzeniach towarzyszącym orszakowi Dionizosa. Nie należy utożsamiać ich z bachantkami, które wywodziły się w większości spośród ludzkich kobiet, jak Agaue, matka Penteusa - wśród menad nie było mężczyzn, a ich pochodzenie było nadprzyrodzone. W mistycznym szale śpiewały pieśni na cześć boga wina i młodości i swawoliły z dzikimi zwierzętami, nad którymi miały magiczną władzę. Przedstawia się je czasem z małymi drapieżników, zwykle w bardzo skąpych szatach i dziwnych pozycjach, co ma wynikać z ich nieprzerwanego pijaństwa. Trudno powiedzieć, jak wiele menady mają wspólnego z nimfami, na pewno jednak - stojąc na pograniczu świata rzeczywistości i uniwersum mitu - są im bliskie.
Z Grecji, ojczyzny baśni, przenieśmy się do Rzymu, który wiele swych historii mitycznych zasięgnął od Hellenów. Z Demeter utożsamiano grecką Cererę, powtarzając także niemal dosłownie mit o porwaniu jej córki (nazwanej Prozerpiną) - jednak przyroda miała w Rzymie jeszcze jedną opiekunkę, bóstwo wieloznaczne, bo mające wiele ról i wiele obliczy. Owidiusz utożsamia ją z grecką nimfą Chloris, kochanką Zefira, opiekunką wszelkich kwiatów, zajmuje się ona jednak także płodnością; Junona - której grecką odpowiedniczką jest przecież Hera, opiekunka rodzących kobiet - zwraca się do Flory o pomoc, chcąc urodzić dziecko bez pomocy swego boskiego małżonka, który bez "pośrednictwa" Hery ani żadnej innej kobiety jest przecież ojcem Minerwy. Flora daje Junonie kwiat o magicznych właściwościach i oto królowa niebian rodzi Martiusa, boga - opiekuna i imiennika trzeciego miesiąca w roku. Wedle Metamorfoz Flora pośredniczy także miłości Wertumnusa - boga opiekującego się owocującymi drzewami i Pomony, nimfy odgrywającej identyczną rolę.
Bo i w Rzymie były nimfy, choć z reguły będące mniej charakterystycznymi postaciami, zwykle patronki gajów lub - najczęściej - źródeł, jak chociażby Furrina czy Egeria, postać może najbardziej barwna spośród rzymskich odpowiedniczek najad: będąc bowiem żoną lub, jak podają inni, przyjaciółką sławnego Numy Pompiliusza, służyła mu radą i pomocą w sprawach politycznych, zaś po jego śmierci klasycznie rozpłynęła się we łzach, tworząc - jakżeby inaczej - źródło ochrzczone potem jej imieniem. W Rzymie egzystowały także inne "źródlane" bóstwa żeńskie - tajemnicze lymphae, o których mówiono, że każdy, kto je ujrzał, natychmiast stawał się szaleńcem (łac. lymphatus).
Można chyba stwierdzić, że w każdej mitologii pojawiała się jakaś bogini przyrody, kobiece uosobienie natury w całej jej krasie. Raz były to prastare bóstwa chtoniczne, uosabiające ziemię przede wszystkim w jej płodnym aspekcie (szerzej pisałam o tym w arcie Takie jak Aaricia) - Gaja, Prythiwi, Aramaiti, a raz piękności, które mitologia wspomina jako bohaterki historii miłosnych. Celtowie także mieli swoją Macierz Ziemię - była nią bogini Danu, od której imienia nazwano mitycznych mieszkańców Irlandii, przodków elfów, Tuatha de Danann - Ludem Danu. Była ona panią płodności i urodzaju, zsyłała ludziom obfite plony i dbała o dostatek pożywienia w spichlerzach, przez co upodabnia się do greckiej Demetry. Przypomnijmy sobie jednak, jak wpłynął na ziemię smutek zbolałej matki, której odebrano Korę - susze, nieurodzaj i wszelkie możliwe kataklizmy zalewały ziemię, dopóki Persefona ponownie nie spotkała się z matką. Mit ten obrazuje ciemną stronę natury, mówi także o jej negatywnym wpływie na człowieka. U brytońskiej Danu ten "ciemny" pierwiastek widać jeszcze wyraźniej: Danu to nie tylko dobrotliwa szafarka, ale także bogini podziemi, od zawsze związanych ze śmiercią - patronka nędzy, wyniszczenia i głodu. Podobne kontrasty można spotkać chyba tylko w wierzeniach indyjskich.

Trudno powiedzieć, by Celtowie znali podobny podział boginek przyrody jak Grecy - nie było u nich jednolitego tłumu nimf. Ale i po Wyspach Brytyjskich przechadzały się zwiewne duchy drzew czy rzeczułek... Najczęściej były to postacie silnie związane z jednym tylko gatunkiem roślin lub ściśle określonym rejonem, najczęściej niechętnie odnoszące się do śmiertelników i stanowiące dla nich niebezpieczeństwo. Istniało na przykład potężne żeńskie bóstwo, opiekujące się wyłącznie krzewami czarnego bzu i karzące surowo tych, którzy ośmielili się krzew wyrwać, a ziemię po nim zaorać, lub choćby tylko zerwać owoce z gałązek bez odpowiednich obrzędów modlitewnych. Była także brzozowa boginka o białych dłoniach, polująca na przechadzających się po młodniaku młodzieńców, na których sprowadzała śmierć lub szaleństwo.
W Indiach bardzo wielu wedyjskich bogów i bogiń powiązanych jest z przyrodą, przy czym każde bóstwo opiekuje się innym jej aspektem - ogień, woda, ziemia, niebo, różne gatunki roślin i zwierząt mają własnych przedstawicieli i przedstawicielki, z których najbardziej chyba przypomina opiekunkę nimf Aranjani, leśna bogini, patronka dzikich zwierząt i leśnych drzew. Nie trzeba jednak szukać daleko, by odnaleźć w indyjskich wierzeniach kult bóstw związanych z przyrodą - światem roślinnym, drzewami i krzewami, ale także wodą, opiekują się jakszowie, męskie bóstwa, patronowie płodności. Jaksza, zawsze radosny bożek o tłustym brzuchu, potrafi schować się wewnątrz rośliny lub nawet przemienić się w nią - jest więc potężny, ale jego moc sięga nie dalej, niż pada cień korony przypisanego mu drzewa; można tu dostrzec pewne podobieństwa do związku, jaki łączył w Grecji drzewo z jego hamadriadą.
Mówimy tu o tych bożkach po to tylko, by wspomnieć o ich pięknych małżonkach, zwanych jakszi: równie mocno powiązane ze światem roślinnym jak ich mężowie, są również uosobieniami płodności. Wiecznie młode i piękne, przedstawiane jako skąpo odziane, lecz przyozdobione mnóstwem klejnotów kobiety, odbierają modły od małżeństw proszących o potomstwo. Jest ich - jak greckich nimf - niezliczona ilość, ale niewiele ma własne, odrębne imiona i charakterystyczne dla siebie cechy; należą do nich: Czandra (Księżycowa), Sudarśana (Piękna) i Aśwamukhi. Jakszi przypominają wdziękiem inne indyjskie boginki - kobiety nagów, czyli bożkowie opiekujący się wężami i uosabiający węże. Przyozdobieni wieloma klejnotami, od pasa w dół mają ciała wężów - tak jak ich żony, naginie.
W naszych rodzimych, słowiańskich wierzeniach również pojawiają się istoty podobne do nimf, zwane rusałkami lub rusawkami. Według podań są to duchy przypominające piękne młode dziewczęta o bladej karnacji, ukazujące się czasem z rozpuszczonymi włosami, nagie lub przyodziane w białe koszule czy też - dużo rzadziej - bogate szaty; czasem dochodzą do tego rysopisu takie szczegóły, jak zielone włosy. Były one niebezpieczne dla ludzi, szczególnie zaś dla młodych mężczyzn, którym groziła z ich rąk nawet śmierć przez uduszenie lub utopienie, choć zwykle tylko wtedy, gdy ulegając urokom rusałki oddalili się od siedzib ludzkich. A więc słowiańskie boginki były przede wszystkim uwodzicielkami, kolejnymi złymi duchami, których zadaniem było sprowadzić bezwolnego człowieka na manowce, odebrać wolność, zdrowie lub życie... W przeciwieństwie jednak do swych odpowiedniczek w innych mitologiach były one pochodzenia ludzkiego; mówiąc ściślej: było ogromne prawdopodobieństwo, że rusałką zostanie po śmierci kobieta-pijaczka lub taka, która zmarła przez utopienie, a nawet dziewczynka zabita niechcący przez własną matkę. Jeśli zaś dziewczyna powiesiła się w lesie na gałęzi, stawała się po śmierci rusałką związaną na zawsze z borem, w którym poniosła śmierć.



Odrębną kastę stanowiły rusałki związane tylko i wyłącznie z wodą - nazywano je boginkami, wiłami lub mamunami. Zamieszkiwały dna jezior i rzek, strzegły źródełek i - co ciekawe - były groźne przede wszystkim dla kobiet: od niemowląt płci żeńskiej, pozostawionych przez nieuwagę nad bieżącą wodą do kobiet w ciąży, na które mogły rzucić zły urok. Szczególną jednak nienawiścią darzyły młode dziewczyny, panny na wydaniu, które z tego powodu strzegły się samotnych wypraw nad wodę - bo mamuny i topielice tylko czekały, by wciągnąć je pod wodę. Czasem czyhały na samotne matki, by skraść im dziecko, jeśli nie było jeszcze ochrzczone. Nie do końca co prawda wiadomo, do jakich celów służyły im niemowlęta; można przypuszczać, że dziewczynki same stawały się mamunami, ale wiły porywały przecież także chłopców.
W mitologii słowiańskiej pojawiają się także inne nadprzyrodzone żeńskie istoty, nierozerwalnie związane z przyrodą (trzeba jednak pamiętać, że w tych stronach wszystko, co magiczne, miało z nią jakiś związek jako element pogański - dlatego zła moc czarów osłabiana była przez bliskość siedzib ludzkich, kościołów, kaplic, a nawet przedmiotów wykonanych ręką ludzką - szczególnie religijnych). Z reguły nie są to jednak słodkie dziewczęta, ale złośliwe pomarszczone staruszki - równie niebezpieczne, ale wzbudzające nieporównanie większy lęk. Trzeba przy tym powiedzieć, że był to raczej pewien rodzaj demonów związanych z polem, mający więcej wspólnego z greckimi kerami niż driadami. Nazywane żytnicami - od swej najczęstszej kryjówki - lub południcami - od pory, w której stanowiły dla pracujących w polu największe zagrożenie - poruszały się po rżysku za pomocą kołka od pługa i zsyłały ból głowy na leniwych robotników, którzy postanowili zdrzemnąć się na wiązce siana czy w łubinach, którym również przypisywano związek z południcami.

Reasumując: można powiedzieć, że greckie boginki przyrody były z punktu widzenia śmiertelników bardziej nadprzyrodzone niż te z innych wierzeń. O ile w mitologii Hellady nie było nic niezwykłego w zawarciu związku miłosnego człowieka z nimfą. W tablicach genealogicznych aż roi się od takich "mieszanych" par - oczywiście, historie takich związków nie zawsze kończą się dobrze, ale mniej więcej tak samo jest z małżeństwami pomiędzy dwójką ludzi lub dwójką Olimpian. Nadprzyrodzone pochodzenie tych zwiewnych boginek nie przeszkadza w Grecji ich stosunkom z ludźmi; innymi słowy: greckie driady i najady są bliższe śmiertelnym niż ich odpowiedniki znane przez Celtów i inne ludy spoza kręgu śródziemnomorskiego - być może dlatego są bardziej znane. Mimo to, co ciekawe, ogólne wyobrażenie syreny - istoty bliskiej nimfom i rusałkom funkcją i pozycją w literaturze i mitologii - całkowicie różni się od greckiego. Te, które napotkał w swej wędrówce Odys, miały, jak pamiętamy, kształt w połowie kobiecy, a w połowie ptasi, tymczasem syreny, które znamy dzisiaj, nie mają skrzydeł, ale pokryte łuską rybie ogony. W mitologii japońskiej opis ten uzupełniony jest o ciekawy i ładny szczegół: łzy syren zamieniają się w drogocenne perły.
Nimfy, hamadriady, jakszi, naginie, boginki, wiły, rusałki - różnie nazywano te zwiewne istoty w różnych wierzeniach, kulturach i epokach. Różnie też wspominane są w późniejszej literaturze, bardziej i mniej baśniowej. Cień słowiańskich rusałek jawi nam się u Mickiewicza, który opisuje, jak zdumionym rybakom ukazało się w sieci nie straszydło wcale, / Żywa kobieta w niewodzie, / Twarz miała jasną, usta jak korale, / Włos biały skąpany w wodzie. Skoro już jesteśmy przy mickiewiczowskich Świteziankach i syrenach z Odysei, wspomnieć należy o Andersenie i jego Małej syrence. Nieszczęśliwa miłość syreny do księcia - śmiertelnika pokazana jest na tle morskiego świata, opisanego barwnie i bardzo szczegółowo; chwilami szczegóły te są wręcz zabawne, jak wtedy, gdy czytamy o podwodnych elegantkach noszących u ogonów ostrygi. Tak naprawdę jednak świat syren nie jest wcale kolorową krainą radości - widzimy to dokładnie, gdy babka tłumaczy głównej bohaterce, dlaczego powinna przestać myśleć o księciu: syreny żyją przez trzysta lat, a potem umierają i bezpowrotnie zamieniają się w pianę morską - tymczasem ludzie żyją krótko, ale ich dusza nigdy nie umiera. Jeśli książę pokocha syrenkę, ona również zyska nieśmiertelność duszy, jeśli jednak ją odtrąci - będzie musiała zmienić się w pianę natychmiast. W mniej znanej baśni Andersena - Bzowej Babuleńce - czytamy:
Chłopczyk spojrzał w stronę imbryczka, pokrywka wznosiła się coraz wyżej i wyżej i zaczęły spod niej wychodzić świeże i piękne kwiaty dzikiego bzu, a potem na wszystkie strony wystrzeliły duże gałęzie; rosły coraz wyżej i wyżej i przemieniły się w najpiękniejszy krzew; w drzewo po prostu, które rozrosło się aż do łóżka i odsunęło firanki. Ach, jakież to były kwiaty! Jaki zapach! A na drzewie siedziała stara, miła babunia w dziwacznej sukni, całej zielonej jak listki bzu i przetykanej białymi kwiatami - nie można było wręcz odróżnić, czy to była suknia, czy też listki i kwiaty. (...)
Potem wyjęła chłopczyka z łóżka, przycisnęła go mocno do swego łona i gałązki, pełne pachnącego kwiecia, zamknęły się nad nimi; znajdowali się teraz w najpiękniejszej altanie; i oto wznieśli się w powietrze, było niewypowiedzianie pięknie. Bzowa Babuleńka przemieniła się nagle w małą, milutką dziewczynkę, suknia jej była z tego samego materiału zielonego w białe kwiaty, u piersi miała przypięty kwiat bzu, a naokoło złocistych kędziorów - wianek z kwiatów bzu; oczy jej były takie duże i tak bardzo niebieskie, jakże cudownie było na nią patrzeć; pocałowali się z chłopczykiem i oboje byli równi wiekiem i tak samo radośni. (...)
- Tak, tak! - powiedziała dziewczynka w gąszczu drzewa. - Niektórzy nazywają mnie Bzową Babuleńką, inni driadą, ale naprawdę nazywam się Wspomnieniem; to ja siedzę na drzewie, które ciągle rośnie i rośnie, to ja wspominam i opowiadam historię!



Krótki przegląd pod tym kątem wierzeń różnych cywilizacji pozwala nam zrozumieć, dlaczego ten element, który pojawia się równolegle w tak wielu tak zróżnicowanych kulturach. Dziewczyna tańcząca po powierzchni wody, płacząca perłami czy wyłaniająca się z pnia drzewa to przecież ucieleśnienie baśniowości - a więc nieodłączny składnik literatury fantasy, która przecież właśnie z mitu i legendy czerpie najwięcej.
Próżno szukać rusałek u Tolkiena - ale u niego cały świat jest jakby nadprzyrodzony, tu nawet śmiertelników otacza jakiś magiczy nimb nadprzyrodzonych mocy. Mowa o Śródziemiu, bo w Łazikantym pojawiają się już syreny, z których jedna - najstarsza córka morskiego króla, jest żoną złośliwego czarodzieja Artakserksesa, sprawcy wszystkich niedoli głównego bohatera. Pani PAM-owa, jak nazywają ją inni mieszkańcy wód, ma duży wkład w odczarowanie Łazika.
Jednak rówieśnik mistrza, C.S. Lewis, w swoich Opowieściach z Narni wspomina o nich w wielu miejscach - przy czym są to driady czysto greckie, związane z drzewami bardziej niż z czymkolwiek innym; nie dziwi to, gdy w orszaku tańczącym wokół Aslana (Książę Kaspian) spotykamy także Bachusa, Sylena i menady. Gdy Jill Pole (Srebrne krzesło) znalazła się w Narni, usługiwała jej młoda dziewczyna, niewiele od niej wyższa, ale o wiele bardziej smukła i z pewnością starsza, pełna wdzięku młodej wierzby. Prawdę mówiąc, jej włosy były naprawdę bardzo wierzbowate i wydawało się, że jest w nich mech. Driady i najady są także przy Aslanie, gdy rodzeństwo Pevensie widzi go pierwszy raz - a boginki drzew (nie mam pewności, czy są driadami) budzą się pewnej nocy na wezwanie Lucy. Drzewne nimfy Lewisa przypominają greckie hamadriady także pod innym względem...
Z lasu wyszła postać tak wysoka, że jej głowa sięgała głowy centaura. Przypominała kobietę, lecz miała w sobie również coś drzewiastego. Bardzo trudno wyjaśnić to komuś, kto nigdy nie widział driady, ale nikt, kto widział jedną z nich choć raz, nie mógł się pomylić; miała coś specjalnego w barwach, w głosie, we włosach. Król Tirian, jednorożec i centaur od razu poznali nimfę buku.
- Sprawiedliwości, królu! - zawołała. - Stań w naszej obronie! Ratuj swój lud! Wyrąbują nas w całym Latarnianym Pustkowiu. Już czterdzieści wielkich pni moich braci i sióstr spoczywa na ziemi.
- Co mówisz, pani? Wyrąbują Latarniane Pustkowie? Mordują mówiące drzewa? - zawołał król wielkim głosem, zrywając się na nogi i dobywając miecza. - Jak śmią?! I kto się ośmielił? Na grzywę Aslana...
- A-a-a-a-a-a-ach! - ciało driady wzdrygnęło się raz, drugi, trzeci, czwarty, jakby w nie godziły powtarzające się ciosy. A potem upadła, jakby jej ktoś podciął obie nogi. Przez chwilę widzieli ją leżącą martwą na trawie, a potem znikła. Zrozumieli, co się stało. Gdzieś wiele mil stąd, właśnie ścięto jej drzewo

U Lewisa pojawia się także zagadkowy Morski Lud, napotkany przez załogę Wędrowca do Świtu u progu krawędzi świata - stworzenia te, wyglądające mniej więcej tak jak ludzie, mają pod powierzchnią morza własny świat, będący jakby lustrzanym odbiciem naszego - drapieżne ryby pełną u nich rolę naszych sokołów używanych do polowania, a płycizny są niebezpiecznymi górami, na które wyprawiają się poszukiwacze przygód.
Sapkowski także umieścił driady w tyglu swego świata, ale - by użyć neologizmów - odbaśniowił je i urealnił. Nie są to już zwiewne boginki stojące jedną nogą w świecie bogów, ale twarde bojowniczki o wolność, feministki i patriotki zarazem; są, co prawda, spokrewnione z elfami - ale u Asa i elfowie ze swymi słabostkami i wadami dziwnie przypominają ludzi odbitych w krzywym zwierciadle. Driady mieszkają w prastarym lesie Brokilon i zamierzają bronić go przed najeźdźcami tak długo, jak długo pozostanie z nich choć jedna. Wiedzą, że jest ich coraz mniej, więc - by przedłużyć swoje istnienie - porywają ludzkie dziewczynki i wychowują je jako driady... Prawdziwa driada może zaś urodzić się tylko wtedy, kiedy uda im się pojmać mężczyznę z zewnątrz. Braenn i jej rodaczki uderzają beznamiętnością, obojętnością wobec wszystkiego, co nie dotyczy ich samych - tylko Eithne, ich władczyni, zdaje się być świadoma, czego chce od przyszłości. Driada Sapkowskiego jest więc mieszanką tej prawdziwej, greckiej z Amazonką, ale ma też coś ze słowiańskiej wiły, czyhającej tylko, by odebrać matce jej niemowlę (u Sapkowskiego egzystują także sylfidy, ale tylko w opowiadaniach - nigdzie jednak żadna się nie pojawia).
A oto diametralnie różny od poprzedniego opis driady: Dziewczyna była zielona. Cała. Rincewind wiedział, że nie może się mylić, ponieważ miała jedynie medalion na szyi. Jej długie włosy przypominały nieco mech, oczy bez źrenic jarzyły się jaskrawą zielenią. Rincewind zaczynał coraz bardziej żałować, że na Uniwersytecie nie uważał podczas zajęć z antropologii. To, oczywiście - czego nietrudno się domyślić już po imieniu bohatera, jedynego maga, który nie potrafi czarować - Terry Pratchett, reprezentant fantasy czysto humorystycznej, wyśmiewającej stereotypy i ukształtowane już przez innych poglądy, między innymi na temat bestiariusza. Dlatego też istnieją u niego także driadowie-mężczyźni, co Druelli - przedstawicielce driadziej rasy - wydaje się zupełnie oczywiste. Bo inaczej, skąd brałyby się żołędzie?
Ale fantaści nie czerpią natchnienia wyłącznie z mitologii greckiej - w czwartym tomie serii o Harrym Potterze maskotkami bułgarskiej drużyny quidditcha są wile, czyli wiły, których taniec oczarowuje męską część publiczności w magiczny sposób. Jedna z uczestniczek Turnieju Trójmagicznego, jak można przypuszczać, Francuzka - Fleur Delacour - jest wnuczką wili (posiada zresztą w różdżce jej włos), co tłumaczy jej niezwykłą urodę.
No i syreny - pojawiają się w Przygodach Piotrusia Pana J.M.Barriego jako piękne, ale nieufne i niechętne ludziom stworzenia, które całymi godzinami mogą zabawiać się graniem w piłkę, którą odbijają za pomocą ogonów. Wendy zawsze chciała bliżej się z nimi zapoznać, ale one nie miały ochoty na zawarcie znajomości; Piotruś zabrał kiedyś grzebień jednej z nich i podarował go Wendy. U Sapkowskiego także mamy syreny - bliżej zapoznajemy się jednak tylko z jedną z nich, Sh\'eenaz - bohaterką opowiadania Trochę poświęcenia, które po części stanowi parodię andersenowskiej Małej syrenki; syrena, owszem, kocha księcia Aglovala, ale nie zamierza bynajmniej poświęcić dla niego ogona - posiada jednak eliksir, z pomocą którego jej wybranek może stać się trytonem. Ja też... ja też go lubię i chcę mieć z nim narybek, ale jak, gdy on nie chce zostać mleczakiem? Gdzie ja mu ikrę mam złożyć, co? Do czapki? - pyta retorycznie Sh\'eenaz Geralta, który służy parze jako tłumacz (bo u Asa - co wydaje się całkowicie zrozumiałe - syreny, jako przedstawicielki innej rasy, posługują się także inną mową, śpiewnym dialektem będącym odmianą języka elfów).
Zupełnie inaczej wyglądają syreny u Ewy Białołęckiej - w Tkaczu Iluzji Kamyk o mało nie ginie z ich rąk. Czaszka syreny była lekko spłaszczona. Domyślam się, że dzięki temu stworzenie lepiej pokonywało opór wody przy pływaniu. Tym również można było tłumaczyć maksymalne zwężenie ramion, krótką szyję i gładką, śliską skórę, nieprzyjemną w dotyku. To morskie stworzenie nie miało na ciele ani jednego włosa, prócz pojedynczego kosmyka na głowie. Twarz syreny pozbawiona była brwi, oczy - rzęs, a także powiek. Tylko od dołu nachodziła na źrenice cieniutka błona, jak trzecia powieka u gadów. Nozdrza były ukośnymi szczelinami nad linią bezwargich ust. Uszy praktycznie nie istniały. Odkryłem za to coś, co najbardziej przypominało wielowarstwowe skrzela. Zęby syren wyglądają paskudnie. Są drobne, gęsto ustawione i trójkątne. Bardzo przypominają piłę do cięcia drewna, albo pułapkę na drapieżniki. Z pewnością syreny są w stanie wyrwać kawałek ciała za jednym ugryzieniem. Okropność. Gdzieś na wysokości domniemanych bioder zaczynał się masywny ogon, pokryty szarą skórą, a kończył płetwą kubek w kubek podobną do płetwy delfina. Syreny są żyworodne - o tym świadczył pępek, ale nie mogłem dopatrzyć się sutków, ani żadnych widocznych narządów płciowych - ten chłodny i dokładny opis sporządzony przez wychowanka maga-medyka uzmysławia nam, że syreny z Lengorchii i okolic nie miały nic wspólnego ze ślicznotkami w stylu Lorelei - to raczej, można powiedzieć, krwiożercze drapieżniki, mięsożerne zwierzęta czyhające na każdego niewprawnego pływaka, by wciągnąć go pod wodę.
Driady, rusałki, nimfy, boginki, syreny - stały się już nieodłącznym składnikiem bestiariusza fantasy, lub raczej - spisu egzystujących w nim ras rozumnych. Nic dziwnego - są uosobieniem tego wszystkiego, co kojarzy nam się z nieuchwytnym światem baśni i czarów. Same przez się magiczne, zamieszkują lasy, pola, łąki, rzeczułki, strumienie i dalekie, niedosiężne wyspy, służąc nam za symbole tego, co niezrozumiałe i nadprzyrodzone - a jednak bliższe nam, śmiertelnym, niż inne stworzenia z baśniowego uniwersum.


Źródło: http://nanetteniente.w.interia.pl/home.htm
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-03-2014, 15:55 {2} przez pogan223.)
09-03-2014, 14:59
Znajdź Posty Reply


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Impressum | Mitglieder | Regeln | Forensoftware MyBB