Historie niesamowite
Autor Wiadomość
~Ismena
Niezarejestrowany

 
Podziękowania:
Podziękowano razy w postach
Post: #1
Historie niesamowite
Poniewaz zbliza sie Swieto Zmarlych, lub jak ktos woli Halloween, postanowiam zalozyc nowy temat. Bede w nim zamieszczac historie paranormalne, ktore faktycznie mialy miejsce. Prosze rowniez uzytkownikow Forum, zeby opisywali historie i zdarzenia, ktore znaja. Zaczne od czegos, co wydarzylo sie dawno temu w moich rodzinnych stronach. ***
"Wysoki kamień"

„Każdy, kto weźmie do rąk mapę Gór Bardzkich i spojrzy na ich Grzbiet Wschodni, z łatwością znajdzie na niej szczyt o nazwie Wysoki Kamień (niemiecka nazwa: „Der Hohe Stein”). Znajduje się on mniej więcej w połowie linii prostej między wsią Laskówka a Przełęczą Łaszczowa. Wierzchołek góry jest dość płaski i wydłużony, z dwoma widocznymi niewielkimi wzniesieniami. Na jednym z nich znajduje się właśnie „Wysoki Kamień”, będący potężnym, wysokim i masywnym blokiem skalnym skrytym wśród drzew (…) „Wysoki Kamień” byłby wymarzonym miejscem na spacery, gdyby nie pewne wydarzenia z 1966 roku, które na zawsze odmieniły jego historię. Z rozmów ze świadkami, do których udało mi się dotrzeć i przeprowadzonej kwerendy w prasie z tamtych czasów udało się ustalić najważniejsze fakty. 16 lipca 1966 roku grupa czterech nastolatków, dla rozrywki, postanowiła przeprowadzić seans spirytystyczny i wywołać ducha. Podeszli do sprawy bardzo poważnie, zgromadziwszy wszystkie potrzebne przedmioty i przestudiowawszy dostępną literaturę na ten temat. Na miejsce owego seansu wybrali szczyt góry „Wysoki Kamień”, z uwagi na aurę tajemniczości, jaką roztaczało to miejsce wokół siebie i zupełne odludzie. Seans odbył się dokładnie o północy (…) Byli pewni, że nie wyjdzie z tego nic oprócz dobrej zabawy (…) Tuż po zakończeniu seansu nagle ucichł wiatr. Letnie, ciepłe powietrze zamarło i zgęstniało. Nie poruszało się ani jedno źdźbło trawy, ani jedna gałązka. Nastąpiła głucha cisza. Ognisko, które rozpalili, zgasło nagle, tak jakby po prostu ktoś je zdmuchnął. Przerażeni rzucili się do plecaków po latarki. W tym momencie usłyszeli szelest kroków. Coś lub ktoś zaczęło się poruszać biegiem, w szaleńczym pędzie, dookoła ich obozowiska. Łamiąc z trzaskiem gałęzie, poruszając krzaki, kołysząc mniejszymi drzewami. Świecąc latarkami w ciemnościach, w kierunkach skąd dobywały się te dźwięki, widzieli tylko ruszające się gałęzie i drzewa. Spanikowali. Rzucili się do ucieczki na oślep w dół zbocza. Do najbliższej wsi Laskówki, dotarło tylko dwóch. Byli wykończeni, przerażeni i cali pokaleczeni nocnym biegiem po lesie. Nikt nie chciał im uwierzyć w to co opowiadali. Od razu wezwano milicję. Rankiem po dwóch dniach od zdarzenia, rozpoczęto poszukiwania dwójki, która była w noc wywoływania duchów na górze i nie wróciła do tej pory. Trwały one sześć dni. Sześć dni, w czasie których przeczesano góry na całej szerokości, od Barda po szosę Kłodzko-Złoty Stok. Chłopaków nigdy nie odnaleziono. Zostali uznani oficjalnie za zaginionych. Po tym zdarzeniu pozostała dwójka miała co noc koszmary senne o swojej śmierci. W każdym śnie występowała niewyraźna, wysoka postać o imieniu Aargaroth (pisownia zachowana według wywiadu jednego z chłopaków dla gazety), która – jak mówili nastolatkowie – patrzyła jak umierają. Pierwszy z nich zniknął bez wieści 24 lipca, osiem dni po wydarzeniu, drugi zaś dwa dni później tj. 26 lipca 1966 roku. Nigdy ich nie odnaleziono. Od 16 lipca 1966 roku do czasów dzisiejszych istnieje łącznie osiem udokumentowanych przypadków zaginięć osób, które były w dni poprzedzające zaginięcie na Wysokim Kamieniu. W większości byli to pracownicy leśni. Obecnie zbocza „Wysokiego Kamienia” porasta najgęstszy i najbardziej niedostępny las w całych Górach Bardzkich. Ci, którzy wracają z góry, zawsze w dzień, opowiadają o niesamowitych rzeczach, jakie dzieją się na samym jej szczycie. Jak do tej pory nikt nigdy nie zdecydował się zostać tam po zmroku. Mówią, że strach ma wielkie oczy, ale na „Der Hohe Stein” czuć nie tylko jego wzrok na sobie, ale także dotyk…”. Zrodlo- internet
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-01-2014, 00:04 {2} przez Feras.)
10-08-2014, 19:52
tupajda Offline
Wtajemniczony

Liczba postów: 209
Dołączył: Aug 2014
Reputacja: 7
Podziękowania: 193
Podziękowano 92 razy w 60 postach
Post: #2
RE: Historie niesamowite
Źródło: Bogusław Romaszewski, Ewa Pazdioara, Tomasz Karamon, "Legendy i opowieści ząbkowickie", tom II.

albo i link: http://www.bardo.info.pl/niesamowitehistorie.html
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-11-2014, 20:06 {2} przez tupajda.)
10-11-2014, 20:01
~Ismena
Niezarejestrowany

 
Podziękowania:
Podziękowano razy w postach
Post: #3
RE: Historie niesamowite
Wow :D dzieki Tupajda, bedzie co czytac wieczorami. Ja powyzsza opowiesc znalazlam na blogu "Cat," nie bylo tam zrodla, teraz wiemy skad pochodzi. Czekam na wiecej ciekawych opowiesci.
10-12-2014, 09:34
~Ismena
Niezarejestrowany

 
Podziękowania:
Podziękowano razy w postach
Post: #4
RE: Historie niesamowite
Z okazji Swieta Zmarlych... KU PAMIECI BRANDONA LEE. "„Every night I burn, every night I fall again (…)”
(The Cure „Burn” – „The Crow” Soundtrack) http://images6.fanpop.com/image/photos/3...24-554.jpg ** http://images5.fanpop.com/image/photos/2...0-1181.jpg

Brandona Lee pamiętają dziś jedynie prawdziwi miłośnicy filmu „The Crow” z 1994 roku lub amatorzy jego wcześniejszych, mniej znanych produkcji, w których popisywał się znajomością wschodnich sztuk walki. Powód banalny – od 31 marca 1993 roku nie ma go już wśród nas. Aktor zginął w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach wskutek rany postrzałowej właśnie podczas zdjęć do surrealistycznego thrilleru „Kruk”. Czy nad filmem od początku wisiała jakaś klątwa? Czy śmierć aktora była jedynie przypadkiem, czy zmyślnie zaplanowanym zabójstwem?

Brandon, syn Bruce’a Lee

Brandon Bruce Lee urodził się 1 lutego 1965 roku w Oakland w stanie California jako syn słynnego aktora i mistrza sztuk walki Bruce’a Lee. Miał jedną siostrę – Shannon Lee. Gdy Brandon miał trzy miesiące, jego rodzina (po śmierci dziadka Lee-Hoi-Chuena) przeprowadziła się do Los Angeles. Kiedy dla Bruce’a skończyły się role filmowe w USA, rodzina przeniosła się do Hong Kongu, gdzie Lee zagrał w trzech filmach.

Kiedy Brandon miał osiem lat, jego ojciec Bruce zmarł nagle. Do wiadomości opinii publicznej trafiła informacja, że przyczyną śmierci był obrzęk mózgu spowodowany przedawkowaniem narkotyków (doustne przyjęcie dawki haszyszu), inni mówili, że były to leki pomieszane z alkoholem, jeszcze inni, że Bruce padł ofiarą zemsty Triad (chińska mafia) lub wysłańców Shaolin (za ujawnienie tajemnic kung-fu). Żona Bruce’a – Linda wróciła wraz z dziećmi do Stanów Zjednoczonych. Po kilku przeprowadzkach znów osiedlili się w Los Angeles. Brandon uczęszczał do Emerson College w Bostonie, gdzie specjalizował się w teatrze. Następnie przeniósł się do słynnej Lee Strasberg Academy, gdzie był członkiem grupy New Theatre. Trenował sztuki walki od najmłodszych lat. Najpierw uczył go ojciec, później przyjaciel i uczeń ojca – Dan Inosanto.
Początki kariery:

Brandon Lee w filmie "Rapid Fire"W roku 1985 Brandon pracował w Ruddy Morgan Productions jako lektor skryptów. Został poproszony o przeczytanie pewnej roli do filmu „Kung Fu: The Movie” (1986). To była jego pierwsza prawdziwa rola. Kolejna była już znacznie poważniejsza. Lee zagrał w filmie „Legacy of Rage” u boku Michaela Wong’a. W roku 1987 Brandon zagrał też w nieudanej kontynuacji „Kung Fu: The Next Generation”. W roku 1988 pojawił się gościnnie w serialu amerykańskim „Ohara”. W tym samym roku rozpoczął zdjęcia do filmu „Laser Mission”, który trafił na rynek europejski w roku 1990. Rok później Lee zagrał u boku Dolph’a Lundgren’a w filmie „Showdown in Little Tokyo”. Ten film ostatecznie spowodował, że Brandon podpisał kontrakt z wytwórnią 20th Century Fox. W 1992 roku zagrał też główną rolę w filmie „Rapid Fire”.


W 1990 roku Brandon Lee spotkał w biurze reżysera Renny’ego Harlin’a Elizę „Lisę” Hutton. Hutton była osobistą asystentką reżysera. Brandon i Lisa zamieszkali razem od 1991 roku, a w październiku 1992 roku zaręczyli się. Ślub zaplanowano na 17 kwietnia 1993 roku w Ensenada w Meksyku. Obydwoje byli nim niezwykle podekscytowani. Po zakończeniu zdjęć do filmu „Kruk” Brandon planował odpoczynek i spędzenie czasu ze swoją nowo poślubioną żoną.
Ostatnia rola i śmierć.

W 1992 roku Brandon zdobył główną rolę w filmie „Kruk”. Była to adaptacja słynnego undergroundowego komiksu pod tym samym tytułem. Zagrał tam postać Eric’a Draven’a – muzyka rockowego, który powraca po śmierci, aby zemścić się na oprawcach i mordercach swojej narzeczonej Shelly Webster (Sofia Shinas). Tak mówił o swojej roli:

„He has something he has to do and he is forced to put aside his own pain long enough to go do it” („On ma sprawę, którą musi załatwić i jest zmuszony odłożyć swój ból na potem, aby tego dokonać”).

Zdjęcia do filmu rozpoczęły się 1 lutego 1993 roku (tego dnia obchodził swoje 28 urodziny).

Kadr z filmu "Kruk" (1994)31 marca 1993 roku ekipa „The Crow” miała nakręcić scenę, w której Eric Draven (Brandon Lee) wchodzi do swojego mieszkania i odkrywa, że jego dziewczyna została zgwałcona przez bandytów. Jeden z bandytów Funboy (Michael Massee) miał w tej scenie strzelić do Eric’a, który wchodzi do mieszkania z rzeczami zakupionymi w sklepie. Broń używana przez aktorów miała mieć oczywiście ślepe naboje. Wyglądały one identycznie jak prawdziwe, z tą różnicą, że nie zawierały prochu i nie mogły nikogo zranić. Ekipa prawdopodobnie nie zwróciła uwagi na to, że w magazynku znajdował się pocisk, który mógł być groźny dla człowieka. W feralnej scenie strzelaniny Eric Draven (Lee) obrywa od Funboy’a (Massee) i ginie. Reżyser krzyknął „Cięcie!”. Scena wyglądała na zakończoną, gdyby nie fakt, że Lee przestał się ruszać. Członkowie ekipy rzucili się w jego kierunku i zauważyli, że został poważnie ranny w brzuch. Kula przebiła żołądek aktora, spowodowała inne wewnętrzne obrażenia i krwotok.

Brandon Lee jako Eric DravenBrandon został natychmiast przewieziony do szpitala. Jego serce zatrzymało się po raz pierwszy już na planie, drugi raz w karetce. Operacja trwała 6 godzin. Lekarze usunęli kulę z ciała aktora i wtłoczyli w jego ciało 60 litrów krwi. W czasie, kiedy Brandon przebywał w śpiączce, jego narzeczona Eliza pojawiła się w szpitalu wraz z najbliższymi przyjaciółmi. Lekarz przekazał im wiadomości o stanie Lee, który w tej chwili był krytyczny. Alarm przywołał ekipę reanimacyjną. Eliza podobno trzymała Brandona za rękę w chwili jego śmierci. O godzinie 13:30 lekarz stwierdził zgon. Dla Elizy Hutton był to ogromny cios. Za 17 dni miała zostać panią Lee…

Kilka dni po tragicznym wypadku Brandon Lee został pochowany na cmentarzu Lake View w Seattle obok swojego ojca Bruce’a. Nagrobek Brandona zaprojektował rzeźbiarz Kirk McLean i jest on hołdem dla miłości Brandona i Elizy. Są to dwie prostokątne płyty, złączone u dołu i rozchodzące się u góry. Ma to symbolizować fakt rozłączenia ich wspólnego życia przez ten tragiczny wypadek.

Brandon Lee został pochowany na cmentarzu Lake View w Seattle obok swojego ojca Bruce’a.Od momentu nieszczęśliwego wypadku do ukończenia zdjęć zostało jeszcze 8 dni. Podobno scena, w której Brandon został rzeczywiście postrzelony, została zniszczona, a na potrzeby filmu nagrano ją jeszcze raz. Czy jednak jest to prawda? Aktorka grająca Shelly Webster powiedziała, że nie obejrzy gotowego filmu, ponieważ jest to dla niej zbyt przygnębiające.

„Kruk” został jednak ukończony przy użyciu komputerów i techniki cyfrowej. Wszedł na ekrany kin w maju 1994 roku i stał się kasowym hitem. Dla wielu odbiorców jednak nie zarobione przez niego miliony dolarów stały się wyznacznikiem wielkości dzieła, ale to, że film stał się ostatnim filmem Brandona Lee i pośrednio przyczynił się do tego, że nie ma go już wśród nas. Film dedykowany jest właśnie Brandonowi i jego narzeczonej Elizie.

Michael Massee "Funboy"Michael Massee, grający Funboy’a, stał się obiektem ataku fanów Brandona Lee. Na rozmaitych forach i blogach pisano o nim wprost jako o mordercy. Nie został pociągnięty do odpowiedzialności, a całą sprawę uznano za nieszczęśliwy wypadek. Massee po dziś dzień grywa przeważnie czarne charaktery. Cokolwiek by jednak nie osiągnął, zawsze będzie znany głównie z tego, że postrzelił śmiertelnie słynnego Brandona Lee.
Spekulacje i teoria spiskowa

W czasopiśmie „Martial Arts Illustrated” w lutym 1995 roku opublikowano artykuł, w którym opisano feralny wypadek na planie „Kruka” 31 marca 1993 roku:

„(…) człowiek, który był odpowiedzialny za akcesoria (…) załadował Magnum ślepymi nabojami, ale zapomniał sprawdzić bębenek. (Najwyraźniej zbrojmistrza, do którego należało to zadanie, nie było tego dnia na planie) (…) nikt nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić i wyczyścić broń, która potem została użyta w TEJ scenie (…)”.

Aktor grający Funboy’a stanął za blisko Brandona i – zamiast celować ponad jego ramieniem – celował prosto w niego. Z takiej odległości ślepy nabój zadziałałby jak prawdziwy. Czy zatem w lufie znajdował się ślepy czy prawdziwy nabój?

Inna teoria mówi o tym, że najprawdopodobniej ślepe naboje do Magnum 44 nie były dostępne w momencie kręcenia sceny. Wzięto więc naboje prawdziwe, usuwając z nich proch, a pozostawiając spłonkę i pocisk. Przy wystrzale spłonka wrzuciła pocisk do lufy. Usunięto łuski, ale lufy nie sprawdzono. Następnego dnia załadowano do Magnum ślepe naboje, a przy wystrzale pocisk znajdujący się w lufie wyleciał i zadziałał jak prawdziwy.

Są też teorie mówiące o spisku. Śmierć Bruce’a Lee i jego syna Brandona miałyby być w jakiś sposób ze sobą powiązane. Ostatnim filmem, w którym grał Bruce Lee była „Gra Śmierci” (1978). Aktor zginął w czasie zdjęć do filmu. W produkcji tej musiano (tak jak później w „Kruku”) wykorzystać kilka tricków, by widownia myślała, że Bruce do końca filmu jednak gra. Jego rolę zagrali inni aktorzy, a także wykorzystano pojedynki Bruce’a z innych jego filmów. W „Grze Śmierci” bohater filmu ginie postrzelony na planie filmowym. Dwadzieścia lat później w taki właśnie sposób ginie jego syn Brandon… Czy możliwe jest, że istnieje klątwa rodziny Lee? Czy domniemani zabójcy Bruce’a postanowili dokończyć swoje dzieło dwadzieścia lat po śmierci legendy „Smoka” i zabili mu syna? Jeśli tak, to dlaczego córka Bruce’a i siostra Brandona – Shannon Lee żyje i ma się świetnie? Czyżby domniemana klątwa działała tylko na męskich potomków rodziny? Trochę to wszystko naciągane jak dla mnie…

Obydwie śmierci zniweczyły świetnie zapowiadające się kariery. Bruce i Brandon stali u progu prawdziwej sławy. Dziś z pewnością mogliby przebierać w scenariuszach. Czy zatem ktoś okazał się być na tyle zazdrosny i postanowił, że nie dopuści, by w Hollywood zajaśniały nowe wielkie gwiazdy kina?

Teorie spiskowe zawsze dobrze się sprzedają, ale w tej sprawie wszystko wskazuje na to, że w przypadku Brandona Lee był to rzeczywiście nieszczęśliwy wypadek. Historia pokazuje, że wypadki tego typu nie były niczym niezwykłym. Często zdarzało się, że wbrew zakazom używania na planach filmowych prawdziwej amunicji, reżyserzy zezwalali na to i doprowadzało to do tego typu incydentów. Wszystko wskazuje na to, że znów mieliśmy do czynienia z ludzkim zaniedbaniem i głupotą. Przemysł filmowy jest bezlitosny. Zawsze chodzi o to, by odbiorca miał wrażenie autentyczności oglądanego obrazu. Dlatego kwestie bezpieczeństwa schodzą czasem na drugi plan albo w zamieszaniu w pracę człowieka po prostu wkrada się błąd.

Brandon LeeŚmierć Brandona nie była jedynym dziwnym wydarzeniem na planie tego filmu. Już podczas pierwszego dnia zdjęć stolarz doznał dotkliwych poparzeń twarzy, rąk i klatki piersiowej w wyniku kontaktu z linią wysokiego napięcia. Innym razem podpalono ciężarówkę z pełnym wyposażeniem, kaskader upadając na dach złamał sobie kilka żeber, członek ekipy został poszkodowany w wypadku drogowym, a szalejący huragan zniszczył kilka zbiorów filmowych. Trochę dużo jak na jedną produkcję, nieprawdaż?

„The Crow” (1994) jest moim ulubionym filmem od bardzo dawna. To film kultowy – głupstwem jest dla mnie wałkowanie tego tematu ponownie przez kolejnych reżyserów. W role Eric’a Draven’a wcielali się już m.in. tacy aktorzy jak Mark Dacascos. Aktor Bradley Cooper podobno prowadzi rozmowy z reżyserem najnowszego remaku „Kruka” i to prawdopodobnie on zostanie nowym Draven’em. Nie mam nic przeciwko Cooperowi (wręcz przeciwnie, bardzo go lubię), ale nieobiektywnie podsumowując – Eric Draven jest tylko jeden…

We wrześniu 1992 roku Brandon Lee udzielił swojego ostatniego wywiadu dla Comics Scene Magazine. Powiedział wtedy:

„(…) nie wiemy, kiedy umrzemy (…) kiedy na przykład ktoś z twoich bliskich odchodzi lub jest bliski śmierci – stajesz wtedy twarzą w twarz z tym, jak kruche jest ludzkie życie i jak wielkie znaczenie ma każda chwila (…)”.

Brandon Lee miał się przekonać na własnej skórze już niebawem, jak prawdziwe są jego słowa…" Zrodlo- http://catinthewell.pl/1581/brandon-lee-...za-smierc/
10-31-2014, 22:39
~Ismena
Niezarejestrowany

 
Podziękowania:
Podziękowano razy w postach
Post: #5
RE: Historie niesamowite
Pierścionek przeznaczenia


Czy pierścionek może mieć moc łączenia ze sobą ludzi? Dziś myślę, że tak! To niesmowita historia, w którą samej trudno było mi uwierzyć. A jednak wydarzyła się naprawdę...


Miał być złoty, delikatny i z błękitnym jak niebo oczkiem. Taki właśnie dawno temu opisałam swojej przyjaciółce. I nie wiem, czy tego nie zapamiętała, czy moje marzenie połączyło się z jej... Grunt, że kiedy kilka lat później powiedziała w zaufaniu mojemu ukochanemu, jak taki pierścionek ma wyglądać, wyszło jakieś nieporozumienie. Pierścionek był nieciekawy, a kamień toporny… No cóż, ale zrobiłam dobrą minę do złej gry i jednak się zaręczyłam.

Nie nosiłam potem tego pierścionka. Schowałam go do szkatułki pod pretekstem, że jest za ciężki, a ja mam za delikatne palce i boję się go zgubić. Leżał tam sobie spokojnie jako „lokata kapitału”.
Po latach musiałam przyznać, że moje małżeństwo okazało się trochę jak ten pierścionek. Dostałam nie to, czego oczekiwałam. Jednak nie mogłam go przecież schować do szkatułki, musiałam się z nim zmierzyć. Urodziłam dwoje wspaniałych dzieci, które wynagrodziły mi oziębłość i egoizm męża. To dla nich zaczynałam każdy kolejny dzień z uśmiechem na twarzy. Nawet wtedy, gdy mąż ciężko zachorował, przestał pracować i często brakowało nam do pierwszego. Wtedy odkryłam, jakie mogą być pożytki z nielubianego pierścionka. Bez żalu byłam go w stanie oddać do lombardu, godząc się z myślą, że być może w tym miesiącu nie dam rady go wykupić. A jednak jakoś dawałam i złote kółko z uporem wracało do szkatułki.

Nadszedł jednak dzień, kiedy już nie musiałam go zastawiać, by wykupić drogie leki. Mój mąż pożegnał się z tym światem, zostawiając po sobie mimo wszystko jakąś pustkę. Brakowało mi jego wiecznych pretensji i drażniących zwyczajów. Jak więzień, który nie umie żyć poza kratkami, usiłowałam wyrwać się z klatki swojego małżeństwa, przekonując samą siebie, że nie muszę już tęsknić za strażnikiem i stosować się do jego dziwacznych zasad, tylko mogę robić, co chcę, bo strażnika nie ma.

Pewnego dnia moja dorastająca córka, przeglądała moją szkatułkę z biżuterią i znalazła mój zaręczynowy pierścionek.
– Dziwne, nigdy go nie nosiłaś – skomentowała. – Dlaczego?
Już chciałam skłamać – że był za duży – ale w końcu machnęłam ręką i powiedziałam prawdę.
– Bo nigdy go nie lubiłam. Ani trochę mi się nie podobał.
– To dlaczego go nie sprzedasz? – zdziwiła się. – Po co go trzymasz? Jeśli dla mnie, to niepotrzebnie, nie chcę nosić zaręczynowego pierścionka, który nie przyniósł ci szczęścia!
– Może i masz rację… – zamyśliłam się. – To by było nawet takie symboliczne rozliczenie z przeszłością…

Następnego dnia wzięłam pierścionek do wyceny, do jubilera. Byłam pewna, że go włożyłam do torebki, a jednak kiedy dotarłam na miejsce, pierścionka nie było! Szukałam – w torebce, potem także w domu, ale rozpłynął się jak kamfora. „No cóż, widocznie tak miało być… Może komu innemu przyniesie szczęście” – pomyślałam, wzruszając ramionami i zapominając o zgubie. Mijały lata. Zbliżałam się już do pięćdziesiątki, byłam wdową z prawie dziesięcioletnim stażem i dwójką usamodzielnionych dzieci, które zaczynały się o mnie martwić.
– Mamo, ty powinnaś wreszcie kogoś poznać – mówiły.

Tylko się z tego śmiałam, bo niby gdzie i kogo? Niełatwo w moim wieku o faceta, nie tylko wolnego, ale i sensownego. Zresztą nawet nie chciało mi się go szukać. Dobrze mi było samej i nie miałam ochoty tego zmieniać. Los jednak zadecydował za mnie…


Pewnego dnia, wracając z pracy do domu, postanowiłam skręcić do parku. Dawno tam nie byłam. Przechadzałam się między drzewami i zastanawiałam się, kiedy zdążyły tak urosnąć od momentu, gdy biegałam między nimi za moimi dziećmi. Aż tu nagle w trawie coś błysnęło. Schyliłam się i ze zdumieniem podniosłam… złoty pierścionek! Był dokładnie taki, jaki sobie kiedyś wymarzyłam. Delikatny i z błękitnym oczkiem, niby trochę podobny do tego zaręczynowego, który kiedyś miałam, ale jednak inny. Założyłam go na palec, pasował… Szczęśliwa wróciłam do domu, ale tam dopadły mnie wyrzuty sumienia. Co spojrzałam na pierścionek, to zastanawiałam się, komu zginął, kto go szuka…?

W końcu zdecydowałam się rozwiesić w parku ogłoszenia. Odebrałam kilka telefonów od naciągaczy, którzy nie potrafili opisać pierścionka, ale głośno domagali się jego zwrotu. Aż w końcu w moim aparacie odezwał się spokojny męski głos. Dzwoniący dokładnie opisał zgubę.
– Tak, to ten – potwierdziłam z lekkim ukłuciem w sercu, bo po cichu liczyłam, że może nikt się po niego nie zgłosi.

Mężczyzna, który przyszedł po pierścionek był mniej więcej w moim wieku. Podziękował mi, mówiąc, że pierścionek należał do jego żony, a potem wyznał:
– Wie pani, ja nie miałem zamiaru go szukać, bo tak sobie pomyślałem, że może specjalnie się zgubił po jej śmierci. Ja go przecież też kiedyś dla niej znalazłem na ulicy, więc może to jest jeden z tych pierścionków, które lubią wędrować i same wybierają sobie właściciela?
– Znalazł go pan? – zdziwiłam. – Tak, leżał na chodniku, ludzie koło niego chodzili, a on jakby był dla nich niewidzialny! Podniosłem go, podarowałem żonie, ale niezbyt się jej podobał. Fakt, trochę był toporny, jakby za duży. To go oddałem do przerobienia…
Słuchałam go ze zdumieniem, a potem poszłam po album ze swojego ślubu i wyciągnęłam zdjęcie moich rąk z zaręczynowym pierścionkiem.
– Czy to ten?... – zapytałam.
– Tak! – wykrzyknął mężczyzna zaskoczony. – To pani go zgubiła? Niesamowite!

Też nie mogłam uwierzyć, bo ta historia wydała mi się nieprawdopodobna: mój zaręczynowy pierścionek, którego nigdy nie lubiłam, po śmierci mojego męża „poszedł w świat” po to, aby wrócić do mnie w zmienionej, wymarzonej przeze mnie postaci i… przynieść mi ze sobą moją drugą połówkę jabłka – Marka.

Bo ten mężczyzna, który po niego przyszedł, nie chciał go odebrać. W podzięce zaprosiłam go więc na herbatę i ciasto. Raz, drugi... W końcu te wspólne podwieczorki weszły nam w krew i… po roku skończyły się małżeństwem. Jesteśmy z Markiem już dwa lata po ślubie i śmiało mogę powiedzieć, że nie tylko pierścionek jest wreszcie idealny. Mój drugi mąż także do mnie doskonale pasuje. *** Ech... piekna historia. Uśmiech Zrodlo- http://polki.pl/zdrowie_i_psychologia_z_...32381.html
11-18-2014, 13:13
~Ismena
Niezarejestrowany

 
Podziękowania:
Podziękowano razy w postach
Post: #6
RE: Historie niesamowite
Sylwestrowa niespodzianka. Okropnie nie chciałam jechać do tej leśniczówki. Bo też zabawa była ostatnią rzeczą, o której marzyłam w tamtym momencie. Ale Monika się uparła. Zadzwoniła do mnie tuż po świętach i od pół godziny namawiała mnie na wspólne witanie 2014 roku.
– Nie chcę słyszeć żadnych wymówek! – stwierdziła. – Nie obchodzi mnie, że boli cię głowa, nie masz nastroju i Bóg wie czego jeszcze. Nie pozwolę, żebyś znowu siedziała sama w sylwestra. Pakuj się i przyjeżdżaj. Zapowiedziało się kilkunastu znajomych… Jest cudowny śnieg, trochę mrozu… Rozpalimy ognisko, zjemy bigos, kiełbaski i będziemy tańczyć i hulać do białego rana. Zobaczysz, będziesz się świetnie bawić – mówiła.
– No już dobrze, przekonałaś mnie. Będę u was przed południem, bo po zmroku to za cholerę nie trafię – poddałam się.

Znałam Monikę i wiedziałam, że mój opór nic nie da. I jeśli się nie pojawię, zostawi gości i przyjedzie po mnie choćby o północy. Odłożyłam słuchawkę, przykryłam kołdrą i zatopiłam się we wspomnieniach. Minął właśnie rok od czasu, gdy zostawił mnie mąż. Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy jeszcze razem, ale w sylwestra tańczył już z pewną ponętną blondynką, młodszą ode mnie o kilka lat… Oczywiście bardzo to przeżyłam. Czułam się zdradzona, sponiewierana psychicznie i bardzo, bardzo nieszczęśliwa. Nikogo nie chciałam widywać, z nikim rozmawiać. Tylko z Moniką.
Przyjaciółka wspierała mnie i pocieszała. Codziennie pozwalała mi się wypłakiwać przez telefon. Gdy zaś było ze mną bardzo źle, zostawiała męża, swój ukochany dom w lesie i pędziła do Warszawy, żeby spędzić ze mną kilka dni. Teraz jednak chyba uznała, że czas, abym oddzieliła przeszłość grubą krechą i zaczęła normalnie żyć. A który dzień jest najlepszy na początek nowego życia? Oczywiście Nowy Rok! „Może Monika ma rację i rzeczywiście będę się dobrze bawić? A jak nie, to wyniosę się po angielsku na pięterko i znajdę sobie jakiś cichutki kącik do popłakania” – pomyślałam, zasypiając.

W ostatni dzień roku wzięłam wolne w pracy i wczesnym rankiem ruszyłam do leśniczówki. Dotarłam na miejsce tak, jak zapowiedziałam – przed południem. Wysiadłam z samochodu i z niedowierzaniem rozejrzałam się wokoło. W Warszawie zimy właściwie nie było. Zamiast śniegu chodniki pokrywała jakaś błotnista, czarna maź. Było szaro, nieprzyjemnie. A tu? Gdzie okiem sięgnąć – biało, dziewiczo, bajkowo. Śnieg czarodziejsko błyszczał w słońcu, a drzewa pokryte puchowymi czapami wyglądały jak wojsko królowej zimy.
– A mówiłam ci, że jest pięknie? – przywitała mnie w progu Monika. – Zostaw rzeczy i idź na spacer. Wy, miastowi, jesteście biedni. Nie macie zbyt często okazji do podziwiania takich wspaniałych widoków.
– Masz rację, my, miastowi, nie mamy – przytaknęłam i naciągnęłam czapkę na głowę.

Ruszyłam w las. Brnąc w śniegu, pomyślałam rozbawiona, że przecież jeszcze osiem lat temu moja przyjaciółka robiła karierę w wielkiej korporacji. Była na najlepszej drodze do awansu na kierownicze stanowisko i nie wyobrażała sobie życia w mieście mniejszym niż dwumilionowe. Ale na jakimś wyjeździe poznała Darka, leśniczego, zakochała się w nim i ku zdumieniu wszystkich z dnia na dzień rzuciła pracę i zamieszkała wraz z mężem w głuszy. Zazdrościłam jej tak odważnego kroku, no i miłości… Wciąż kochali się z Darkiem tak samo mocno jak w dniu ślubu. A ja byłam sama… Ze spaceru wróciłam po dwóch godzinach. Trochę zmęczona, lecz bardzo podekscytowana, bo natknęłam się na kilka saren posilających się przy paśniku. Mimo że podeszłam dość blisko, nie uciekły spłoszone. Jakby wiedziały, że z mojej strony nic im nie grozi. Chciałam jak najszybciej opowiedzieć o tym Monice. Przed leśniczówką zauważyłam kilka samochodów. Wśród nich trabanta. Czy ktoś dzisiaj w ogóle pamięta, że istniała taka marka? Poczułam ukłucie w sercu… Przypomniało mi się, że właśnie w takim samochodzie całowałam się na pożegnanie z pewnym chłopakiem. Ile to lat temu było? Piętnaście? Poznaliśmy się górach, w czasie zimowych ferii. Miałam wtedy 19 lat, on 21. Spędziliśmy ze sobą niespełna dwa tygodnie, ale połączyła nas płomienna miłość, jaką mogą przeżyć chyba tylko młodzi. Pod koniec pobytu żegnaliśmy się z przekonaniem, że wkrótce znowu się zobaczymy. Ja mieszkałam wtedy w Toruniu, on w Bydgoszczy. Tak blisko! Witek zapisał mój adres i telefon i obiecał, że odezwie się pierwszy. Cóż, nie zadzwonił, nie napisał… Czekałam tydzień, miesiąc, potem następne… I nic. Ileż to razy podchodziłam z kartką do telefonu, podnosiłam słuchawkę i natychmiast ją odkładałam! Miałam żebrać o spotkanie z kimś, kto pewnie wymazał mnie już z pamięci? Pół roku później przeniosłam się do Warszawy, a kartka z telefonem do Witka wylądowała w koszu na śmieci.

Teraz wspomnienie młodzieńczej miłości i ostatniego pożegnalnego pocałunku wróciło. Tylko że tamten trabant był szarobury, jak większość jego pobratymców, ten tutaj zaś wyglądał naprawdę imponująco. Lakier w kolorze groszku, białe felgi. Siedzenia obite białą i zieloną skórą. Widać było, że ktoś włożył w jego renowację całe serce i mnóstwo pieniędzy. Pomyślałam, że właściciel takiego samochodu musi być naprawdę szalonym człowiekiem. Otrzepałam buty ze śniegu i weszłam do domu. Monika stała przy kuchni i mieszała bigos w olbrzymim garze. Na mój widok uśmiechnęła się.
– No i jak spacer?
– Cudownie! Widziałam sarny! W ogóle się mnie nie bały… Słuchaj, kto przyjechał tym zielonym zabytkiem? – zapytałam.
– A on! Poznajcie się – wskazała drewnianą łychą w kąt kuchni. Odwróciłam głowę i zamarłam. Za stołem siedział… Witek. Poznałam go od razu. Te same błyszczące oczy i niesforny kosmyk włosów opadający na czoło. Tyle że lekko szpakowaty.
– Aniu, co za spotkanie! Nic się nie zmieniłaś! – zerwał się z ławy i ruszył w moim kierunku.
– Nie zadzwoniłeś! A jak tak czekałam! – wyrwało mi się, zanim pomyślałam, że wyrzuty po tylu latach to głupota.
– Rany, to wy się znacie? – zdziwiła się moja przyjaciółka. Przez chwilę patrzyła zaskoczona to na mnie, to na Witka. Wreszcie wcisnęła mi do ręki łyżkę i postawiła przy kuchence.
– Pilnuj, żeby się bigos nie przypalił. A ja pójdę zobaczyć, co z innymi gośćmi! – zarządziła i wyszła, zamykając drzwi.

Zaczęłam mieszać w garnku, a Witek stanął obok mnie.
– Aniu, nawet nie wiesz, jak długo cię szukałem! – wyznał.
– No przecież miałeś mój adres i telefon – odparłam z pretensją w głosie. – Zapisałeś sobie!
– W drodze do domu zatrzymałem się na leśnym parkingu. Poszedłem na spacer rozprostować nogi. Jak wróciłem, samochodu nie było. Odnalazł się po kilku dniach, ale już bez torby, w której była kartka z kontaktem do ciebie – tłumaczył gorączkowo. – Ileż to razy modliłem się, żebyś zadzwoniła! Ale telefon milczał. Szukałem cię później po całym Toruniu. A gdy wreszcie zdobyłem twój adres, to okazało się, że już tam nie mieszkasz. Sąsiedzi wiedzieli tylko tyle, że się wyprowadziliście do Warszawy.
Zakręciło mi się w głowie. A więc on mnie naprawdę kochał, nie zapomniał! Uświadomiłam sobie, że gdyby nie pech i moja głupia duma, moje życie mogłoby się inaczej potoczyć. Może dziś byłabym szczęśliwa…
– Ale po co ja ci to wszystko opowiadam! – Witek nagle posmutniał. – Pewnie masz męża, dzieci, dobre życie. Nie to co ja, beznadziejny rozwodnik ze złamanym sercem – westchnął. Serce zaczęło bić szybciej, w gardle poczułam dziwny ucisk.
– Ja… Ja też nie ma nikogo… – szepnęłam cicho. Witek porwał mnie w ramiona.
– Czy to oznacza, że mam u ciebie szanse? – zamruczał.

To był najpiękniejszy sylwester w moim życiu! Bawiliśmy się przy wielkim ognisku do białego rana. Były kiełbaski, wódeczka, no i bigos. Oczywiście trochę przypalony, bo po pytaniu Witka jakoś zapomniałam o mieszaniu.
Mój ukochany nie odstępował mnie na krok. Kiedy następnego wieczoru całowaliśmy się na pożegnanie w jego zielonym trabancie, wcisnęłam mu do ręki kartkę z numerem telefonu.
– Jeżeli znowu ukradną ci samochód i nie zadzwonisz, to popamiętasz! – zagroziłam.

Zadzwonił. Już następnego dnia rano, żeby życzyć mi miłego dnia. I tak jest co dzień. Od roku. Witek dzwoni, odwiedza mnie w Warszawie. Wkrótce przestanie, bo tuż po Nowym Roku przeprowadzam się do niego do Bydgoszczy. Już podjęłam decyzję. Ma tam duży warsztat, zajmuje się renowacją starych samochodów. Pomogę mu w biurze i papierach. Ale na razie jedziemy na sylwestra do Moniki. Znowu będziemy się bawić przy ognisku do białego rana. Przy wódeczce, kiełbaskach i bigosie. Tym razem, mam nadzieję, nieprzypalonym. /Zrodlo- http://polki.pl/zdrowie_i_psychologia_z_...tml?cmc_id= /
01-04-2015, 20:24


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Impressum | Mitglieder | Regeln | Forensoftware MyBB