![]() |
|
Przypowieści, czyli nauka... - Wersja do druku +- Witchcraft - Forum ezoteryczne (http://witchcraft.com.pl) +-- Dział: Luźne (http://witchcraft.com.pl/forumdisplay.php?fid=128) +--- Dział: Nasza Twórczość (http://witchcraft.com.pl/forumdisplay.php?fid=7) +--- Wątek: Przypowieści, czyli nauka... (/showthread.php?tid=2654) |
Przypowieści, czyli nauka... - Karthas - 30-05-2013 Hejka, Postanowiłem założyć ten temat ponieważ nie uśmiechało mi się wkładanie większy tekstów (przypowieści) do tematu motto, bo narobiłoby to bałaganu. Mając na myśli przypowieści, chodzi mi nie tylko, o te z biblii. "Ostatnia wieczerza Jezusa z uczniami, namalowana przez Leonarda da Vinci. Tworząc to dzieło, Leonardo da Vinci natknął się na pewną trudność. Musiał namalować Dobro pod postacią Jezusa oraz zło pod postacią Judasza - przyjaciela, który zdradza go podczas ostatniej wieczerzy. Malarz zmuszony był przerwać prace, gdyż poszukiwał modeli doskonałych. Pewnego dnia w czasie występu chóru chłopięcego, dostrzegł w jednym ze śpiewaków idealne uosobienie Chrystusa. Zaprosił go do swojej pracowni i wykonał kilka szkiców. Minęły trzy lata. Ostatnia wieczerza była prawie gotowa, jednak Leonardo wciąż nie znalazł idealnego modelu Judasza. Kardynał zaczął naciskać, żądając, by mistrz jak najszybciej ukończył obraz. Pewnego dnia, po wielu tygodniach poszukiwań, malarz znalazł w rynsztoku przedwcześnie podstarzałego młodzieńca, obdartego i pijanego w sztok. Z trudem udało mu się nakłonić swoich uczniów, by zabrali go prosto do kościoła, ponieważ nie miał już czasu na szkicowanie. Zaniesiono zdezorientowanego nędzarza do świątyni. Uczniowie podtrzymywali go, podczas gdy Leonardo nanosił na fresk rysy wyrażające okrucieństwo, grzech, samolubność, tak wyraziście malujące się na tej twarzy. W tym czasie żebrak nieco otrzeźwiał. Otworzył oczy i ujrzał przed sobą malowidło. - Widziałem już ten obraz! - wykrzyknął z przerażeniem. - Kiedy? - zapytał zaskoczony mistrz. - Przed trzema laty, zanim wszystko straciłem. Śpiewałem wtedy w chórze, moje życie było pełne marzeń i pewien artysta poprosił mnie, abym mu pozował do postaci Jezusa." Taki więc jeżeli macie podobne, długie przypowieści, wrzucajcie tutaj do tego tematu. ;D Druga "Przed wieloma laty pewien pustelnik, znany później jako święty Sawin, mieszkał w jednej z okolicznych grot. Viscos było wówczas przygranicznym miasteczkiem, zaludnionym przez zbiegłych bandytów, przemytników, prostytutki, łotrów i awanturników poszukujących towarzystwa ludzi sobie podobnych, morderców zbierających siły przed kolejną rzezią. Najgorszy z nich Arab imieniem Ahab, panował nad całą okolicą, ściągając ogromne podatki od wieśniaków, którzy starali się mimo wszystko jakoś wiązać koniec z końcem i godnie żyć. Pewnego dnia Sawin opuścił swoją grotę, udał się do domu Achaba i poprosił go o nocleg. - Czyżbyś nic o mnie nie słyszał? - roześmiał sieszyderczo Ahab - Jestem łotrem, który ściął wiele głów na tych ziemiach. Twoje życie nic dla mnie nie znaczy. - Wiem o tym - odrzekł Sawin. - Ale dość już mam mojej pustelni i chciałbym przynajmniej jedną noc spędzić pod twoim dachem. Ahabowi nie w smak była sława świętego, która mogła równać się tylko z jego sławą - nie chciał się nią dzieliś z kimś tak słabym jak Sawin. Dlatego postanowił zabić go jeszcze tej samej nocy, aby pokazać wszytkim, że to on jest jedynym prawdziwym władcą Viscos. Jakiś czas gawędzili. Ahaba poruszyły słowa świetego, jednak był człowiekiem podejrzliwym i od dawna nie wierzył już w Dobro. Wskazał Sawinowi i ku przestrodze zaczął ostrzyć nóż. Sawin przyglądał mu się przez jakiś czas, po czym zamknął oczy i zasnął. Ahab ostrzył nóż przez całą noc. Wczesnym rankiem, gdy Sawin obudził się, ujrzał Ahaba płaczącego przy jego posłaniu. - Nie wystraszyłeś się mnie, ani też pochopnie nie osądziłeś. Ty pierwszy spędziłeś noc pod moim dachem, wierząc że jestem dobry i zdolny dać schronienie potrzebującym. Ponieważ uwierzyłeś, że mogę postąpić uczciwie, nie mogłem zrobić inaczej. Z dnia na dzień Ahab porzucił bandyckie życie i zaczął na swoim terenie wprowadzać zmiany. Wtedy to Viscos przestało być przygraniczną kryjówką dla szumowin i stało się ośrodkiem handlu." Obie- Paulo Coelho RE: Przypowieści, czyli nauka... - Karthas - 02-06-2013 "Pan uśmiechał się radośnie z niebios - tego właśnie pragnął: aby każdy wziął w swoje ręce odpowiedzialność za własne życie. Ostatecznie dał swoim dzieciom dar największy ze wszystkich - zdolność wyboru i decydowania o swych czynach. Jedynie te kobiety i ci mężczyźni, w których sercach płonie święty ogień, mają odwagę się z Nim zmierzyć. I tylko oni znają drogę powrotu do Jego miłości, bo w końcu rozumieją, że tragedia nie jest kara lecz wyzwaniem. Eliasz przyjrzał się raz jeszcze swojemu życiu. Od chwili gdy porzucił warsztat ciesielski, przyjmował swą misję bez słowa sprzeciwu. Nawet jeśli była słuszna - a tak przecież sądził - nigdy nie miał sposobności sprawdzić, co działoby się na ścieżkach, na które zabronił sobie wstępu, z obawy, że utraci wiarę, oddanie, swą wolę. Uważał, że drogi zwyczajnych ludzi były bardzo niebezpieczne, bo mógł przyzwyczaić się i polubić je. Nie rozumiał, że on też był taki jak inni, choć słyszał anioły i choć od czasu do czasu Bóg wydawał mu rozkazy. Tak mocno był przekonany o tym, iż wie czego chce, że zachował się jak ci, którzy nigdy w życiu nie podjęli ważnej decyzji. Uciekał przed wątpliwościami, przed porażką, przed chwilami niepewności. Ale pan okazał się łaskawy i przyprowadził go na skraj nieuniknionego, aby mu pokazać, że człowiek musi wybierać, i że nie wolno mu godzić się na swój los. Wiele lat temu, pewnej podobnej do tej nocy, Jakub nie pozwolił Bogu odejść, nim Bóg go nie pobłogosławił. Wtedy Pan zapytał go: Jakie masz imię? To było ważne: mieć imię. A gdy Jakub odpowiedział, jak ma na imię, Bóg nadał mu nowe: Izrael. Każdy z nas ma imię od kołyski, ale musi być zdolny wybrać dla swojego życia nowe imię, aby nadać mu sens. "Jestem Akbarem" - powiedziała wdowa. Potrzeba było aż zagłady miasta i utraty ukochanej kobiety, aby Eliasz pojął, że potrzebne mu imię. I nadał swojemu losowi imię Wyzwolenie." RE: Przypowieści, czyli nauka... - Karthas - 03-06-2013 "Uczeń, który kochał i podziwiał swojego mistrza, postanowił obserwować go bardzo uważnie. Wierzył, że robiąc to co on, także osiągnie mądrość. Mistrz nosił tylko białe ubrania, więc uczeń też tak zaczął się ubierać. Mistrz był wegetarianinem, więc uczeń przestał jeść mięso, zamiast niego spożywał zioła. Mistrz był skromnym człowiekiem, więc uczeń poświęcił się i spał na łóżku ze słomy. Po pewnym czasie mistrz zauważył zmianę w zachowaniu swojego ucznia i postanowił dowiedzieć się, co się dzieje. -Wspinam się po schodach inicjacji - padła odpowiedź. -Biały strój to symbol prostoty moich poszukiwań, wegetariańskie jadło oczyszcza moje ciało, a brak wygód sprawia, że myślę o sprawach duchowych. Mistrz uśmiechnął się i zaprowadził ucznia na łąkę, gdzie pasł się siwy koń. -Spędziłeś ten czas, obserwując to, co jest na zewnątrz - rzekł. -Widzisz to zwierzę? Ten koń ma białą skórę, je tylko zioła i śpi w stajni na podłodze pokrytej słomą. Czy twoim zdaniem wygląda jak święty i pewnego dnia zostanie prawdziwym mistrzem?" RE: Przypowieści, czyli nauka... - Karthas - 03-06-2013 "Cassan Sai Amer opowiada historię o pewnym prelegencie, który rozpoczął wykład, trzymając w ręku dwudziestodolarowy banknot. - Kto chciałby ten banknot? – zwrócił się do słuchaczy. Podniosło się wiele rąk. - Zanim go oddam, muszę z nim coś zrobić. Zgniótł go z furią i ponownie zapytał: - Czy ktoś nadal chce ten banknot? Te same ręce znalazły się w górze. - A gdy zrobię z nim to? Rzucił zmiętym banknotem o ścianę, a gdy spadł podeptał go. Potem podniósł i rozprostował pognieciony papier. Ponownie zadał te same pytanie i te same ręce znów znalazły się w górze. - Nie wolno wam nigdy zapomnieć tej sceny. - odezwał się prelegent. - Bez względu na to, co zrobię z tym banknotem będzie to nadal dwudziesto-dolarówka. WIELOKROĆ JESTEŚMY ZGNIECENI, ZDEPTANI, ZNIEWAŻENI, ZMIĘTOSZENI PRZEZ ŻYCIE, ALE MIMO TO NADAL ZACHOWUJEMY SWOJĄ WARTOŚĆ." RE: Przypowieści, czyli nauka... - Karthas - 09-06-2013 Mężczyzna szedł plażą, zastanawiając się nad swoim życiem. Zawsze chciał coś zmienić w świecie, ale choćby najbardziej się starał, kończyło się to poczuciem daremności. Nagle usłyszał głośny chrzęst i spojrzał pod nogi. Dokładnie tam, gdzie stał, i tak daleko, jak mógł sięgnąć wzrokiem w obie strony, leżały setki tysięcy maleńkich rozgwiazd wyrzuconych na brzeg przez fale oceanu. Mężczyzna szedł dalej, rozmyślając o widocznym okrucieństwie oceanu. W końcu te rozgwiazdy nie zrobiły nic złego! A jednak przed końcem dnia będą martwe, bo leżą wyrzucone na brzeg i czekają na śmierć. Po jakimś czasie mężczyzna natknął się na staruszkę, która stała na brzegu i wrzucała do wody wyrzucone przez fale rozgwiazdy. Kiedy zapytał ją co robi, powiedziała, że zawsze coś chciała zmienić w świecie i uznała ten właśnie dzień za dobry moment, żeby zacząć. Mężczyzna przeniósł wzrok na tysiące rozgwiazd, które umierały na wybrzeżu i powiedział: „Na każdą rozgwiazdę, którą wrzuca pani do morza, przypadają trzy wyrzucone na brzeg! Jakim sposobem ma to coś zmienić?” Kobieta przez chwilę patrzyła z namysłem, po czym podniosła kolejną rozgwiazdę i cisnęła ją do wody. „Dla tej jednej to bardzo wiele zmienia” – odparła i uśmiechnęła się najpiękniejszym uśmiechem, jaki mężczyzna kiedykolwiek widział. |